driveNa ekranach polskich kin zaparkował Drive, czyli Nicolasa Windinga Refna początek przygody z Hollywood. Bez paniki – wbrew temu co może sugerować tytuł, grający główną rolę Ryan Gosling z pewnością nie startuje w jednym wyścigu z Szybkimi i wściekłymi (i wcale nie musi to oznaczać, że są dla niego za szybcy i za wściekli, daję słowo).

Film ma atest festiwalu w Cannes, gdzie brał udział w konkursie głównym (bez powodzenia) i zdobył Złotą Palmę za reżyserię. Dobrze, zatem czego należy się spodziewać?

Głównym bohaterem jest bezimienny (przynajmniej dla nas) kierowca, który na co dzień pracuje jako mechanik, dorabia sobie w zawodzie kaskadera, a od czasu do czasu pomaga bandytom w ucieczce z miejsca włamania. Warto zauważyć, że w tym, co robi, jest prawdziwym wirtuozem (wyjąwszy może jedynie pracę w warsztacie). Po przeprowadzce bohater zaprzyjaźnia się z mieszkającą obok, atrakcyjną Irene (Carey Mulligan) oraz jej kilkuletnim synkiem.

Okazuje się, że mąż młodej kobiety przebywa w zakładzie karnym, ale niedługo wychodzi na wolność. Po powrocie do rodziny, Standard (bo tak ma na imię były więzień) szybko wpada w kolejne tarapaty, jest bowiem dłużny mafii sporą sumę pieniędzy. Przeczuwając, że całej rodzinie grozi niebezpieczeństwo, grany przez Goslinga bohater postanawia pomóc sąsiadowi i wraz z nim przyjmuje zlecenie obrabowania sklepu, co stanowi początek fatalnej serii krwawych wypadków.

Opowiadając o swojej przeszłości, jeden z filmowych gangsterów, Bernie wspomina, że był kiedyś producentem filmów akcji z domieszką seksu, które krytycy określali mianem europejskich, natomiast dla niego były one po prostu słabe. W kontekście narodowości oraz dorobku reżysera Drive, wypowiedź ta wybrzmiewa błyskotliwą i zapewne przewrotną autoironią. Pochodzący z Danii Refn już kilka lat temu zdobył rozgłos i zapewnił sobie status obiecującego artysty trylogią Pusher. Wszystkie trzy dzieła to historie narkotykowych dilerów utrzymane w tym samym, surowym, „europejskim” stylu. Drive to już jednak estetyka zdecydowanie bliższa Amerykanom.

Nie ma tu mowy o rozchybotanej kamerze z ręki czy kiepskim oświetleniu – zdjęcia są dopracowane, odznaczają się jaskrawą kolorystyką, częste zastosowanie znajduje widowiskowe slow motion. Refn czerpie z Hollywood to co najlepsze, w budowaniu napięcia zbliżając się do mistrzów pokroju Davida Finchera. Nie znaczy to, że reżyser definitywnie odcina się od swoich korzeni, bowiem do sprawdzonego amerykańskiego przepisu na kino akcji dodaje pierwiastek europejski. Wtedy, kiedy trzeba, umiejętnie hamuje tempo, by następnie bez ostrzeżenia ruszyć z piskiem opon. Uczucia rodzące się między kierowcą a Irene twórca każe nam czytać z ich twarzy – gry spojrzeń i uśmiechów. Te pełne subtelnego wdzięku ujęcia skontrastowane są z makabrycznymi scenami, które stanowią już niemal znak firmowy Duńczyka. Całości towarzyszy bardzo udana ścieżka dźwiękowa – co najmniej przyzwoity synthpop idealnie komponuje się z momentami uspokojenia akcji, natomiast pozostałe utwory świetnie podbijają tempo lub potęgują pożądany niepokój (zwłaszcza Tick of the Clock grupy Chromatics).

Można próbować wyliczać mankamenty – że nazbyt idealny, jednowymiarowy bohater, że fabuła w gruncie rzeczy dosyć szablonowa, że żadna głęboka refleksja za tym nie stoi. Ale czy komukolwiek może to przeszkadzać, gdy ma do czynienia z prawdziwym majstersztykiem kina sensacyjnego? W tej kategorii Drive zdecydowanie wyprzedza ogromną część konkurencji. Poważny kandydat do miana filmu roku? Bez wątpienia. 

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
7308131.3
Harry Brown – recenzja
przelotni
Przelotni kochankowie — recenzja
sylwesterny
Sylwester w Nowym Jorku – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*