dobrecheciKolejna po Śmierci pana Lazarescu rumuńska produkcja zahaczająca o kontekst opieki publicznej i działania szpitali – jak widać, to nie tylko nasz problem.  I tak jak ze Śmierci…, tak z Dobrych chęci widz wyjdzie z mieszanymi uczuciami.

Powiadają, że „dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”. I chyba tym przysłowiem, dwojako można opisać ten film. Z jednej strony mamy postać neurotycznego Alexa, który za wszelką cenę chcę pomóc swojej mamie. Z drugiej – reżysera tejże produkcji, Adriana Sitaru, który mimo zapewne dobrych intencji stworzył film nudny, pełen przerw i mocno przegadany.

Cała opowieść ogranicza się do jednego motywu. Matka Alexa, nauczycielka, zostaje przewieziona do szpitala. Syn, mieszkający w Bukareszcie szybko pakuje się i powraca do rodzinnego miasteczka. Nie wierząc w regionalną służbę zdrowia postanawia przekonać wszystkich, aby matkę przewieźć do Cluj. I tak przez cały film – niekończące się, nic nie wnoszące, dialogi, dużo pustki i dość nijakie zakończenie.

Najwięcej dzieje się w głowie głównego bohatera. Jego paranoja i urojenia dotyczące złej służby zdrowia niestety w większości pozostaje w nim samym, przez co widz z czasem zaczyna się po prostu nudzić i nie rozumieć poczynań Alexa. Poza tym brak jakichkolwiek zwrotów akcji – aczkolwiek tu trzeba zwrócić honor twórcom, tak właśnie wygląda pobyt w szpitalu (co widzowie przerabiali już m.in. we wspomnianej Śmierci pana Lazarescu) – nudny, niekończący się, bez akcji i głębszych treści.

Nie zdradzając zakończenia przytoczę jedynie słowa z jednej z piosenek zespołu Cool Kids of Death – Nic się nie wydarzyło, końca świata nie było. Niestety Dobre chęci takie właśnie są. Nic po nich nie zostaje, nie ma tu nic ciekawego poza chęciami realizatorów – to jednak za mało, aby stworzyć dobre kino.

 

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
fusi
Kamera Akcja: Fusi – recenzja
staryczlowiekimoze
Stary człowiek i może – recenzja
krolowielata
Królowie lata – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*