dlaellenO zagubionym rodzicielstwie, o nauce odpowiedzialności, o niemożności poukładania wielu związanych z tym spraw, kino po raz kolejny. Joby Taylor, choć mentalnie sam nadal jest dzieckiem, stara się zawalczyć o swoje utracone ojcostwo.

Główny bohater to wschodzący gwiazdor rocka. Jego przerwa od zgiełku metropolii, to bynajmniej nie wagary od życia – stara się przekonać nas reżyserka. Mężczyzna przybywa do anonimowej mieścinki, aby sfinalizować swój rozwód. Wkrótce okaże się, iż zgodnie z nieroztropnie podpisanymi dokumentami, zrzekł się praw rodzicielskich nad kilkuletnią, tytułową Ellen. Teraz pragnie odzyskać coś, czego notabene nigdy nie miał, bo i swej córki nigdy na oczy nie widział. Co spowodowało taki obrót sprawy?

Tego możemy się jedynie domyślać. Szczęśliwie, biografia utracjuszowskiego muzyka sprawia wrażenie całkiem atrakcyjnie enigmatycznej. Do czasu. Z podmalowanym tuszem zarostem i odpryskującym lakierem na paznokciach snuje się, niekiedy zupełnie bez celu, po ekranie. To wypadkowa Cheyenne’a od Sorrentino i Randy’ego z Zapaśnika Aronofsky’ego. I choć do scenicznej jesieni jeszcze daleko, w kategorii zblazowania bije na głowę postaci Penna i Rourke’a. Nasz protagonista stoi na rozstaju dróg – informuje niezbyt subtelnie, znak drogowy w pierwszej scenie filmu. Jednak jego rozterki, jego rozdarcie, jego przyśpieszony kurs dorosłości są dla nas nieosiągalne. Może po prostu ich tu nie ma.

Tworzywo, choć w repertuarze kina ostatnich lat już mocno wysłużone, oferowało sposobność do utkania opowieści o samotności, o nauce odpowiedzialności. Twórczyni Góry bez drzew zwyczajnie nie chciało się podnieść tych zagadnień. Bardziej interesowało ją udawanie ambitnego kina. Nieuchwytna psychologia głównego bohatera czyni z Dla Ellen na poły obserwacyjne, nostalgiczne patrzydło. Znajdziemy tu piękne zdjęcia, odpowiednio opustoszałe scenerie, wbijająca w nas melancholię ścieżkę dźwiękową.  A sam temat? Z nim So Yong Kim obeszła się przesadnie zachowawczo, pokładając zbyt duże nadzieje w tym, że tematyka oraz cynizm art house’owych walorów stworzą samograj. Otóż, całość się nie broni. Coś, co mogło być chłodną niczym powietrze w filmie, wnikliwą wiwisekcją rozbitej jednostki, okazuje się dramatem z drugiej ręki. Większość jego składników poznajemy za pośrednictwem nieodłącznej Joby’emu komórki, i pozostaje nam jedynie obcować z jego umęczonym obliczem, zbudowanym zresztą na jednej minie.

Zatem jeśli zatęsknimy za czymkolwiek przy okazji Dla Ellen, będzie to charyzmatyczny Paul Dano, jakiego pamiętamy choćby z Aż poleje się krew Paula Thomasa Andersona. Swoim najnowszym filmem, a pierwszym zrealizowanym w Stanach, południowokoreańskiej reżyserce lepiej wyszła sztuka wdzięczenia się do widza, aniżeli zrelacjonowania mu, i tak już przetrawionej przez X Muzę opowieści.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
panipanikiler
Pan i Pani Kiler – recenzja
pozdrowieniazraju
Pozdrowienia z raju – recenzja
losnumeros
Los Numeros – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*