djangoQuentin Tarantino to reżyser, którego twórczość bez wątpienia wywarła ogromny wpływ na współczesne kino, nic więc dziwnego, że na jego kolejny film wielu czekało z niecierpliwością. Czy  było warto? W największym skrócie rzecz ujmując – tak.

Django to pierwszy western w dorobku tego reżysera. Wcześniej Tarantino wykorzystywał tylko okazjonalnie niektóre elementy tego gatunku. Należy jednak podkreślić, że głównym źródłem inspiracji były dla niego głównie włoskie spaghetti westerny. Termin ten bywa kojarzony głównie ze znakomitymi filmami Sergio Leone, takimi jak chociażby Dobry zły i brzydki, czy Za garść dolarów, jednak w rzeczywistości historia spaghetti westernu ani nie zaczyna się, ani nie kończy na filmach Leone. Włoskie westerny były swego rodzaju fenomenem w drugiej połowie lat sześćdziesiątych. Przyciągały widownię nie tylko włoską,  ale również europejską i amerykańską. Przez krytykę uznawane były często za podrzędne imitacje filmów amerykańskich, naszpikowane bezsensowną przemocą, która miała być magnesem, przyciągającym publiczność do kin. Opinia taka jest zdecydowanie krzywdząca dla wielu znakomitych produkcji, takich jak chociażby Zawodowiec Sergio Corbucciego czy Dni gniewu Tornino Valeriego, ale recenzowanie tarantinowskiego Django, to z pewnością nieszczególnie dobra okazja do snucia długich rozważań na ten temat. W największym skrócie rzecz ujmując spaghetti westerny to filmy: brutalne (a często wręcz sadystyczne), cyniczne, groteskowe, zawierające spore dawki czarnego humoru oraz niezwykle interesujące formalnie. Powyższa charakterystyka z pewnością jak ulał pasuje również i do najnowszego filmu Quentina Tarantino.

Fabuła Django jest dosyć pretekstowa. Dr Schulz, łowca nagród niemieckiego pochodzenia, uwalnia czarnoskórego niewolnika o imieniu Django i czyni go swoim wspólnikiem. Postanawia też pomóc mu w znalezieniu żony, która została sprzedana ekscentrycznemu właścicielowi jednej z południowych plantacji Candy`emu. Tarantino nie zależało ani na dokładnym uzasadnieniu wszystkich motywacji postaci, ani na oddaniu realiów Dzikiego Zachodu. Nie do końca jasne jest chociażby, dlaczego cyniczny niemiecki łowca nagród postanawia pomóc bohaterowi w poszukiwaniu żony – ale to zupełnie nie jest ważne. Django to przede wszystkim swego rodzaju wariacja na temat spaghetti westernów oraz amerykańskiej historii i niewolnictwa. Brak logicznego uzasadnienia pewnych wydarzeń nijak tu nie przeszkadza, to wszystko dlatego, że ów „brak logiki” bywa tutaj swego rodzaju zasadą organizującą.

Już w pierwszej scenie filmu znajdziemy sygnał, że zbudowany przez reżysera świat charakteryzuje się dużą dozą umowności. Wśród ciemności nocy dwójka białych ludzi prowadzi przez las grupkę czarnych niewolników zakutych wspólnie w łańcuchy. Nagle spomiędzy drzew wyjeżdża powóz dr Schulza. Na jego dachu dynda frywolnie na prawo i lewo olbrzymi ząb przymocowany do metalowej sprężyny.  Powóz ten w przeszłości pełnił rolę obwoźnego gabinetu dentystycznego, w którym Dr Schulz obsługiwał niegdyś swoich klientów. Trudno więc poważnie potraktować świat przedstawiony, w którym już na samym początku pojawia się, podróżujący takim wozem, eks-dentysta z Niemiec, pracujący jako łowca nagród. W toku fabuły, owych sygnałów i groteskowych elementów, które dystansują widza do świata przedstawionego, jest jednak znacznie więcej.

Podobną funkcję pełni tutaj ścieżka dźwiękowa. Jest ona naszpikowana bardzo różnorodnymi utworami, spośród których duża część bardzo kłóci się z przedstawioną na ekranie epoką historyczną. Po pierwsze, znajdziemy tutaj takie, które są zaczerpnięte wprost z dawnych spaghetti westernów, np. z wspomnianych już Dni gniewu Torino Valeriego czy z Django Sergio Corbucciego (film Tarantino bynajmniej nie jest jego remakiem – jak może sugerować identyczny tytuł – ale z pewnością jest tą produkcją bardzo inspirowany; oprócz tytułu i muzyki godny uwagi jest też tutaj występ, odgrywającego rolę głównego w Django Sergio Corbucciego, Franco Nero). Nieznający tych westernów z pewnością nie zwrócą na te fragmenty szczególnej uwagi, ale już ci obeznani ze spaghetti westernami, mogą tutaj znajdować osobną przyjemność w rozpoznawaniu muzycznych cytatów ze znanych sobie filmów. Po drugie, wiele jest tutaj utworów, których współczesna forma bardzo kontrastuje z pokazywanym na ekranie Dzikim Zachodem. Najlepszym przykładem jest tutaj hip-hopowe tło muzyczne, które towarzyszy jednej ze strzelanin, w której Django masakruje swoich przeciwników.
 
Tak jak i w dawnych spaghetti westernach, tak i w tarantinowskim Django nie brakuje sporej dawki przemocy. Nie są to jednak tylko i wyłącznie zwyczajne strzelaniny. Bardzo wiele aktów okrucieństwa ma charakter sadystyczny i są one dokonywane głównie na tle rasowym. Problemem godnym rozważenia jest, na ile przemoc w Django jest uzasadniona moralnie i fabularnie, a na ile staje się ona swego rodzaju ambiwalentną atrakcją samą w sobie.

Jednak film Tarantino nie składa się tylko i wyłącznie z owych brutalnych scen. Sporo jest też tutaj świetnych dialogów o bardzo dużym ładunku dramatycznym. Bohaterowie prowadzą ze sobą niezwykle wyrafinowane gry słowne, podczas których stopniowo narasta napięcie. Owe dialogi przypominają nieco te, które były domeną Bękartów wojny. Na pierwszy plan wychodzą w ich trakcie świetne kreacje aktorskie. Najbardziej interesujące role w filmie stworzyli Christopher Walz, Leonardo Di Caprio oraz Samuel L. Jackson. Pierwszy z nich został już za ową kreację nagrodzony Złotym Globem oraz otrzymał drugą w swojej karierze nominację do Oscara.

Django nie jest jednak filmem pozbawionym wad. Wydaje się, że z pewnością nie zaszkodziłyby mu nożyczki. Dosyć irytujące są chociażby liczne retrospekcje głównego bohatera, które opowiadają o katuszach, jakie przeżywał wraz ze swoją żoną na plantacji. Zaburzają one nieco strukturę filmu, niepotrzebnie zwalniają jego tempo i ukazują rzeczy, które można by z powodzeniem zatrzymać w sferze niedopowiedzeń.

Podsumowując, Django to z pewnością film, który obejrzeć warto. Jednakże należy ostrzec wszystkich wielbicieli amerykańskich westernów, że jest to produkcja inspirowana nie nimi, a włoską odmianą tego gatunku. Nieliczne wady filmu nie umniejszają w niczym jego wartości artystycznej. Może nie jest to arcydzieło światowej kinematografii, ale z pewnością jest to jeden z ciekawszych filmów Quentina Tarantino.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
soul_kitchen
Soul kitchen – recenzja
pingwiny
Pingwiny z Madagaskaru – recenzja
bezwstydu
Bez wstydu – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*