czasnamiloscRichard Curtis, to twórca, który niezwykle rzadko zasiada na krzesełku z napisem DIRECTOR, zdecydowanie częściej pisze on filmowe scenariusze – stworzył fabuły m.in. do obrazów Cztery wesela i pogrzeb czy Notting Hill.

Od jego reżyserskiego debiutu minęła już cała dekada – w 2003 roku w kinach pojawił się obraz To właśnie miłość, który do dziś jest arcydziełem wśród komedii romantycznych. 20 września na wielki ekran wkroczyła kolejna jego autorska produkcja Czas na miłość – czy jest ona wstanie powtórzyć sukces sprzed 10 lat?

Tim (Domhnall Gleeson) kończy 21 lat, z tej okazji ojciec (Bill Nighy) bierze go na poważną rozmowę, w której mówi synowi, że mężczyźni w ich rodzinie mogą… podróżować w czasie. Wystarczy, że wejdą w jakiś ciemny zakątek domu, zamkną oczy, zacisną pięści i już mogą wrócić do przeszłości. Skoro tak, chłopak postanawia pomóc sobie znaleźć miłość swojego życia. Do tej pory nie miał w tym temacie szczęścia, wiec nadarza się okazja aby to zmienić – w ten sposób udaje mu się poznać piękną Mary (Rachel McAdams).

Curtis jest ekspertem od tworzenia wciągających i urzekających komedii romantycznych i to właśnie on zawsze nadaje im niepowtarzalny ton i nastrój – nie do podrobienia. Jego najnowsze dzieło nie jest jednak typowym produktem tegoż gatunku. Dlaczego? Czas na miłość to obraz łączący w sobie komedię, melodramat i… science-fiction – wybuchowa mieszanka, prawda? Nie zabiera ona jednak niczego temu filmowi. Podobnie zresztą jak stereotypowe postaci, które pojawiają się na ekranie. Tak naprawdę każdego z tych bohaterów już dawno poznaliśmy, ale widząc ich ponownie wciąż nas urzekają. Młody nieporadny życiowo chłopak, pokręcona młodsza siostra, wykształcony ojciec żyjący na luzie, matka – gospodyni zajmująca się domem i fajtłapowaty wujek. Jest także urocza, szukająca szczęścia Mary oraz nerwowy i ambitny reżyser teatralny – przyjaciel rodziny.

Są to bohaterowie stworzeni z utartych klisz, nie da się ukryć, lecz właśnie na tym polega geniusz Brytyjczyka – umie on fabularnie tak poprowadzić swoich bohaterów, aby nikomu z widowni nie przeszkadzała ich wtórność. A jeśli już o powtarzalności mowa, należy zadać podstawowe pytanie: o czym traktuje najnowsze dzieło Curtisa? No jasne, że o miłości, poszukiwaniu szczęścia i spełnianiu marzeń. Klasyczny schemat? Dokładnie, ale w niczym on nam nie wadzi. Zwłaszcza jeśli mamy odrobinę dystansu do kina i umiemy się w nim zatracić. Umożliwia nam to nie tylko świetny, choć mocno przesłodzony scenariusz. Mocnym punktem obrazu jest na pewno aktorstwo, gdzie moimi zdecydowanymi faworytami są Bill Nighy i Tom Hollander. Pierwszy jako szalony, ciepły i wyluzowany ojciec, drugi w roli  wspomnianego reżysera-  frustrata, choleryka, nerwusa. Obaj na ekranie są genialni, a sceny z ich udziałem pozostają w pamięci na długo. A jak wypadli główni bohaterowie, czyli Rachel McAdams i  Domhnall Gleeson? Też bardzo dobrze – gdy sobie przypominam scenę ich pierwszego razu, albo wizytę rodziców dziewczyny w mieszkaniu zakochanych, to momentalnie na mojej twarzy pojawia się uśmiech – o to właśnie chodzi!

Czas na miłość bawi, wzrusza, nieco zmusza do refleksji, a co za tym idzie jest fenomenalnym sposobem na jesienną depresję. Te dwie godziny seansu napawają naprawdę ogromnym optymizmem i zdecydowanie polecam go przede wszystkim tym, których przygniatają te deszczowe dni. Choć, czy tylko im? Nie, najnowsze dzieło Curtisa to lek na wszystkie smutki. Lubicie bajki, czy nie, ten film trzeba po prostu obejrzeć. To właśnie miłość wciąż jest numerem jeden, ale Czasu na miłość również nie można pominąć.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Bohemian Rhapsody – recenzja
savages
Savages: ponad prawem – recenzja
graowszystko
Gra o wszystko – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*