czarnywegielOd dawna nie spotkaliśmy się z gatunkiem „Noir”, który święcił swoje triumfy we wczesnych latach ’40, a później ’50. Lata ’60 przyniosły widzom nieco odświeżoną wersję, a mianowicie „Neo-Noir”. Do szlagierów gatunku bez dwóch zdań zaliczyć można takie produkcje, jak „Wielki sen”, „Sunset Boulevard”, „Podwójne ubezpieczenie”, „Trzeci człowiek”. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko wygodnie usiąść w fotelu i zapalić papierosa.

Chińska produkcja „Czarny węgiel, kruchy lód” jest hołdem dla „czarnego filmu” i zawiera  wszystkie istotne elementy, którymi tego rodzaju kino powinno się charakteryzować. Głównym bohaterem jest były policjant – alkoholik, który ma do rozwikłania pewną sprawę sprzed lat. Kluczem do rozwiązania zagadki jest atrakcyjna, młoda kobieta, czytaj femme fatale.

Sam tytuł filmu wiele nam podpowiada. Jest czarno, co na plus i jest krucho, co na minus. Dużą zaletą jest klimat produkcji. Oglądamy Chiny, które są brudne, ośnieżone, zimne, skostniałe. Wyobrażenie o nich jest dalekie od tego, co serwuje nam kamera. W głównej mierze jest to zasługa operatora zdjęć. Przez moment można odnieść wrażenie, że oglądamy Azjatów na typowym, polskim osiedlu. Wszędzie getto. Pośród całego zimna on – rozwiedziony, były policjant z uzależnieniem od alkoholu i ona – pozostawiona na pastwę losu pracownica obskurnej pralni, żyjąca w niepokoju, skrywająca przerażającą tajemnicę.

Postać żeńska nie jest odegrana w stylu klasycznej femme fatale. Bohaterka nieustannie daje poznać po sobie, że została pozbawiona miłości. Została sama, ale mimo to zachowuje pozory twardej, niedostępnej kobiety. Główny bohater stara się jej pomóc i na swój sposób zrozumieć, jednak sytuacja, w jakiej obecnie się znaleźli nie pozwala mu trzeźwo ocenić okoliczności, raz z powodu uzależnienia, raz z powodu głosu serca.

Aktor grający główną rolę – Fan Liao, otrzymał nagrodę – Srebrnego Niedźwiedzia, jednak to postać grana przez Lun Mei Gwei jest największym atutem tej smutnej historii, ponieważ nie potrzebuje ona seksownej, wydekoltowanej sukienki, aby nas uwieść. Scena, która potwierdza klasę aktorów, to spotkanie na diabelskim młynie. Widzimy pragnienie i odrzucenie zarazem – miłość i wstręt.

Są też kruche momenty. Jednym z nich jest czas filmu. Spokojnie mógłby się skończyć w okolicach dziewięćdziesiątej minuty. Dłużyzny niekorzystnie wpływają na przejścia pomiędzy poszczególnymi scenami. Drugim minusem jest jakość intrygi, której rozwiązanie pozostawia widza niezaskoczonego, a mówiąc brutalniej, rozczarowanego.

„Czarny węgiel, kruchy lód” w reżyserii Yi’nan Diao to sprawnie opowiedziana historia o miłości, a konkretniej wołaniu o pomoc. Niepalącym nie polecam. Osoby palące będą zadowolone. Istnieje nawet ryzyko, że mogą bardziej uzależnić się.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
exodus
Exodus: Bogowie i królowie – recenzja
lincz
Lincz – recenzja
delfinplum
Delfim Plum – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*