Chrzest – recenzja

chrzestZ młodymi reżyserami często jest tak, że pierwszy ich film jest dobry, ale potem, osiadłszy na laurach, przy drugim odwalają fuszerkę. Z Marcinem Wroną jest inaczej. „Moja krew” była promykiem młodego, polskiego kina. Po spotkaniu z „Chrztem” wiem jedno – czekam na kolejny film Wrony z rosnącą z minuty na minutę niecierpliwością.

Fabularna konstrukcja omawianego obrazu jest w zasadzie identyczna, co w debiutanckim obrazie reżysera. Osią scenariusza jest konflikt na linii mężczyzna – mężczyzna. Jednego z nich, Janka, wyprowadziła na prostą kobieta, Magda. Prowadzi dostanie życie, ma żonę, firmę, pieniądze i – co najważniejsze – dziecko. Przeszłość nie daje jednak o sobie zapomnieć. Jest ona tak brudna i zakręcona, że ma od niej ucieczki. Trzeba się z nią zmierzyć twarzą w twarz i, co gorsza, przegrać.

W, bardzo teoretycznie, spokojne i sielskie życie trzyosobowej rodziny wkracza Janek – kumpel Michała z czasów młodości. Jest lekko nieokrzesanym, trochę prymitywnym palantem, który właśnie wyszedł z woja. Mimo swojej problematycznej powierzchowności, otrzymuje od kumpla propozycję nie do odrzucenia. Janek ma zostać ojcem chrzestnym dziecka Michała. Ta prośba nie musi do końca dziwić – prawdziwa, męska przyjaźń wielokrotnie prowadzi do oficjalnego wprowadzenia w poczet rodziny.

Jest jednak jeszcze jedna sprawa, która wystawi ten specyficzny związek na wielką próbę. Michał był kiedyś bandytą pracującym dla niejakiego Grubego. Nie był do końca lojalny i dług spłaca do dzisiaj. Mając świadomość, że konto bankowe zaczyna świecić pustkami i znając metody mafiosa prosi Janka, żeby ten… przejął po nim obowiązki męża i ojca.

Oglądając „Chrzest” narzuciły mi się od razu dwa skojarzenia. Pierwsze – projekcja filmu przypomina do złudzenia biblijny motyw Kaina i Abla (dlaczego – proszę zobaczyć samemu). Drugie, czysto już filmowe – w obrazie Marcina Wrony jest coś z głośnego „Długu” Krzysztofa Krauzego. Mimo że oba dzieła dzieli jedenaście lat (na przestrzeni tego czasu film polski znacząco się zmienił), to punkt wyjścia obydwu historii jest ten sam – postawienie bohaterów w sytuacji bez wyjścia. Krauze był w „Długu” bardziej oszczędny w formach wyrazu – u Adama i Stefana środki te podane były bardzo skromnie, wręcz ubogo.

U Wrony jest zdecydowanie inaczej – zdaje się, że każda decyzja bohaterów ma symboliczny, niemalże biblijny wymiar. Wielki dramat przyjaciół, a w konsekwencji nieco chorego trójkąta, rysowany jest bardzo mocną, wyraźną kreską. Może zbyt wyraźną?

Tak pomyślany film daje możliwość stworzenia charakterystycznych, świetnych ról (dlatego w tym miejscu napiszę z pełną świadomością, że „Chrzest” jest filmem aktorskim). Grający główne role Tomasz Schuchardt i Wojciech Zieliński nie dość, że wypadają rewelacyjnie, to udaje im się zrealizować jeszcze jeden cel – wiarygodnie ukazali wyjątkową relację między kumplami, których przyjaźń kończy się nad wyraz tragicznie. Wątek kobiecy zostaje zmarginalizowany, ale i tak miło ogląda się na ekranie Natalię Rybicką w roli Magdy. Perełką jest też drugoplanowa rola Adama Woronowicza. Dotychczasowy ksiądz Jerzy wspaniale wcielił się w postać bezwzględnego i sadystycznego gangstera Grubego.

Przyznam szczerze, że oglądając „Chrzest” bardzo chciałem, aby cała historia zakończyła się pomyślnie. Po chwili narodziła się refleksja – ale niby dlaczego? Nie oczekuję w końcu po tym filmie iście hollywoodzkiego zakończenia. Film Marcina Wrony z pięknymi kadrami Pawła Flisa to opowieść o miłości, przyjaźni i świadomości, że zło tym razem ma pierwszeństwo. Nie pomylili się krytycy, pisząc o tym filmie po Gdyni, jako o „rewelacji festiwalu”.

 

Jeden komentarz do “Chrzest – recenzja

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Pomóż nam

Strefa filmu

Repertuar kin

Zobacz na co warto iść do kina. Więcej »

Premiery

Nie zapomnij o najciekawszych premierach filmów. Więcej »

Informator

ABC każdego miłośnika filmu. Adresy, ceny biletów, itp. Więcej »

Polecamy