chevalierMęskie ego powoduje, że mężczyzna nie zawsze myśli racjonalnie. Faceci lubią rywalizować, a zwycięstwo w danej dyscyplinie utwierdza ich w przekonaniu, że są najlepsi. Co, jeśli tych dyscyplin jest więcej niż jedna, a konkurentów aż sześciu? Nowy film Athiny Rachel Tsangari opowiada właśnie taką historię.

Środek Morza Egejskiego. Sześciu gentlemanów podejmuje się gry w „najlepszego we wszystko”. Panowie zejdą na ląd dopiero wtedy, gdy wyłonią zwycięzcę. Rozpoczyna się drapieżna rywalizacja o tytuł samca alfa.

„Chevalier” nie jest typową komedią, na której widzowie padną ze śmiechu. To raczej wnikliwa analiza męskich kompleksów. Każdy z szóstki bohaterów ma jakąś mniej lub bardziej wstydliwą wadę, która detronizuje go przy konkurentach. Cała zabawa polega na tym, aby głęboko skrywane ułomności nie wyszły na jaw. Tsangari nie podejmuje próby oceniania konkretnego mężczyzny, raczej stara się wytłumaczyć, dlaczego dany samiec nie radzi sobie w określonej sytuacji. W efekcie uśmiechamy się, ale jedynie z politowania. Reżyserce udaje się ciężka próba, bo niełatwo jest kogoś rozbawić, a następnie wprowadzić w zadumę.

Zadania wymyślane przez sekstet nie są specjalnie wyszukane, jednak dzięki świetnemu zespołowi aktorskiemu nabierają na sile. Odtwórcy głównych ról są na tyle charyzmatyczni, że każdego z nich traktujemy z równomierną sympatią. Autorzy scenariusza mądrze zrobili, że na bohaterów wybrali mężczyzn w różnym wieku, z innym bagażem emocjonalnym. Jedni kryją samotność, drudzy problemy w związku. Jedni są pewni siebie (na pozór), drudzy zależni od otoczenia. Pomimo różnicy charakterów i doświadczeń cierpią na tą samą chorobę – bycie najlepszym.

O „Chevalier” nie bez powodu napisali, że czerpie z wczesnych filmów Romana Polańskiego, takich jak „Nóż w wodzie”, czy „Matnia”. Świadczy o tym chociażby nieustanne uczucie klaustrofobii, z tą małą różnicą, że bohaterowie cierpią z powodu walki z własnymi myślami o sobie, a nie z uwagi na ograniczoną przestrzeń. Widać wyraźnie, że każdy osobnik jest na swój sposób narcyzem, a jedynym spowiednikiem w trudnych chwilach okazuje się lustro. Trudno jest bowiem przyznać się do błędu przed drugim człowiekiem, tym bardziej, jeśli jest naszym konkurentem.

„Chevalier” to kolejny, po „Kle” i „Attenberg”, produkt greckiej nowej fali. Nurt ten od kilku ostatnich lat cieszy się dużą popularnością zarówno w Europie, jak i po drugiej stronie Atlantyku. Mam nadzieję, że Tsangari jeszcze nas zaskoczy, a w kolejnym filmie skupi się bardziej na płci pięknej. Swoją drogą, ciekawe, jakby wyglądał „Chevalier”, gdyby główne role zostały powierzone sześciu kobietom?  

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
timbuktu
Timbuktu – recenzja
hell
Hell – recenzja
nocrekinow
Noc Rekinów 3D – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*