carteblancheNie jest tajemnicą, że historie napisane przez życie są chętnie wybierane przez reżyserów. W zeszłym roku z tego założenia wyszedł Maciej Pieprzyca, który zaoferował widowni dramat Chce się żyć. Podobną decyzję podjął Jacek Lusiński – reżyser i scenarzysta zaprasza własnie do kin na swój najnowszy film, Carte blanche. Czy rzeczywiście warto się z nim zapoznać?

Kacper (Andrzej Chyra) jest nauczycielem historii w jednym z lublińskich liceów. Wypadek powoduje, że odziedziczona po matce wada genetyczna uaktywnia się – zaczyna on tracić wzrok. Z dnia na dzień jego stan się pogarsza. Choroba szybko postępuje. Mężczyzna o swoich problemach mówi jednak tylko swojemu przyjacielowi Wiktorowi (Arkadiusz Jakubik). W szkole nikt nie wie o zdrowotnych kłopotach Kacpra. Aby nie wzbudzać podejrzeń podejmuje się on również nie lada wyzwania – przyjmuję propozycję objęcia wychowawstwa w jednej z klas maturalnych.

Carte blanche z pewnością nie należy do opowieści skomplikowanych. Oczywiście, nie ma w tym nic złego. Kłopoty pojawiają się dopiero, gdy Lusiński za bardzo zaczyna upraszczać tę historię. Odbiór zaburza także jej telewizyjny sposób realizacji.  Może on świadczyć o lenistwie reżysera, bądź jego braku szacunku dla inteligencji widzów. Twórca kroczy po linii najmniejszego oporu – fabuła porusza się od a do z, bez zbędnych przystanków. Główny bohater walczy ze swoja ułomnością, próbując za wszelką cenę podtrzymać iluzję normalnego życia, by nie zostać zdemaskowanym przez dyrekcję szkoły. Robi wszystko, by nie wzbudzać podejrzeń. W konsekwencji w trakcie seansu w głowie widza funkcjonuje jedna myśl: czy uda się mu przetrwać?

Reżyser dość powierzchownie opowiada swoją historię, pierwszorzędnie natomiast przedstawia relację między Chyrą a Jakubkiem. Aktorzy perfekcyjnie odzwierciedlają przyjaźń, która łączy odgrywane przez nich postaci – obaj, gdyby zaszła taka potrzeba wskoczyliby za sobą w ogień. Ten pierwszy zniewolony przez matkę, która kierowała jego życiem, dopiero w momencie utraty wzroku zaczął zdawać sobie sprawę, z tego, co tak naprawdę jest najważniejsze. Drugi zaś jest oddanym kompanem, dla którego przyjaźń osiągająca pełnoletniość jest ważniejsza od podejrzliwej żony. Lojalny, pomocny, ale gdy zajdzie potrzeba nieowijający w bawełnę luzak, dla swojego przyjaciela jest gotów postawić na szali swoje poukładane życie.

Zdecydowanie mniej uwagi Lusiński przywiązuje postaciom kobiecym, przez co te są bardzo papierowe – nie wnoszą do fabuły nic szczególnego – pełnią jedynie funkcję estetyczną. Ewa, w którą wcieliła się Urszula Grabowska zachowuje się jak rozkapryszona dziewczynka. Niby jest w związku z Kacprem, ale ich relacja opiera się głównie na seksie – trudno polubić tę postać. Podobnie jest z inną przedstawicielką płci pięknej – zauroczoną nauczycielem, Klarą. Grająca ją Eliza Rycembel została umieszczona w tej opowieści wyłącznie dla kontrastu. Jej awangardowy styl i wygląd wyróżnia ją spośród poukładanej polskiej młodzieży. Zresztą w Carte blanche obraz ucznia szkoły średniej został zbyt wyidealizowany. Elementem, do którego również mam zastrzeżenia jest zbyt nachalne przypominanie widzom, iż akcja oglądanego przez nich filmu umiejscowiona została w Lublinie. Hasła z nazwą miasta widoczne są m.in. na szybie kiosku czy siedzeniach w autobusach komunikacji miejskiej. Rozumiem, że warto podkreślać przychylność miasta, w którym przyszło żyć bohaterowi, ale można przecież zachować przy tym odrobinę zdrowego rozsądku. Jeśli już o wyważaniu mowa, warto podjąć również temat zdjęć. Ich autorem jest Witold Płóciennik. Operator w kilku scenach wykonuje dobrą robotę, częściej jednak niepotrzebnie szarżuje w kierunku zrozumiałym wyłącznie przez niego. Zachowuje się tak, jakby miał wiele pomysłów i nie do końca wiedział, który z nich chce wykorzystać. Takie mieszanie zaburza odbiór – w jednej scenie obserwujemy pędzący trolejbus, a właściwie pantograf nań zamieszczony, by chwilę później z wysokości spoglądać w czeluść oplecioną serpentynami schodów. Dynamika połączona z artyzmem? Raczej brak konsekwencji.

Carte blanche ogląda się całkiem nieźle, seans upływa szybko. Twórca doskonale wie, czego od tego typu kina oczekuje widz. Dlatego też jego obraz chwilami wzrusza, śmieszy czy porusza. Z ekranu pada również kilka interesujących, kwiecistych dialogów, a wiedząc, że Kacper nie jest tylko wymysłem artystycznym, między nim, a odbiorcą nawiązuje się nić porozumienia. Pod tym względem trudno mieć zastrzeżenia do Jacka Lusińskiego. Pojawiają się one, gdy zaczniemy wgryzać się w tę historię. Za bardzo trąci ona telewizją, a ta jak wiadomo lubi być poprawna pod każdym względem. Gdyby pozbyć się tej otoczki i wejść głębiej w postać Kacpra można by z tych okruchów życia Macieja Białka wycisnąć znacznie więcej – tak po seansie pozostaje niedosyt. 

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
hel
Hel – recenzja
legenda
Legenda Sowiego Królestwa – recenzja
najlepsze
Najlepsze najgorsze wakacje — recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*