bluehighwayBlue Highway jest filmem drogi. Drogi bardzo długiej. A długie podróże mają to do siebie, że w pewnym momencie zaczynają męczyć. Przy oglądaniu tego filmu ten moment przychodzi wcześniej niż później.

Kyle Smith prowadzi swoich bohaterów – Dillona (Dillon Porter) i Kerry (Kerry Bishé) – po drogach USA, szlakiem wyznaczanym przez ich ulubione filmy. Dillon tą podróżą żegna się z życiem jakie prowadził w Alabamie i wita nowe perspektywy w Kalifornii. Kerry, jako jego wierna przyjaciółka, postanawia towarzyszyć mu w tej podróży, a przy okazji pożegnać przyjaciela.

Historia dobra jako podkład pod głębszą opowieść o relacji dwójki ludzi, standardowym poznawaniu siebie w trakcie podróży, niestety nie zaskakuje nas niczym. A właściwie zaskakuje – brakiem zaskoczeń. Po 20 minutach zaczynamy się zastanawiać kiedy nastąpi jakieś bum. Może przypadkowo napotkany facet na parkingu nie okaże się zbyt przyjazny, może historia z kartą kredytową pozwoli wtopić się w wydarzenia, złapać się jakiejś opowieści, która nas wciągnie? Niestety płonne to nadzieje. Film, który trwa 70 min może się jednak dłużyć i to bardzo. Rozumiem, że autor mógł nie chcieć budować wokół tej podróży wielkiej dramaturgii, nie wplatał katastrofalnych zbiegów zdarzeń. Niemniej jednak przy takim założeniu oczekuje się od filmu, aby przekazał nam coś w zamian – nie mamy wartkiej akcji, oczekujemy więc roztrząsania zawiłych relacji międzyludzkich, zwłaszcza gdy dwójka bohaterów to przyjaciele, którzy mają swoją historię w tle. Ten film jest niestety o niczym. Jeżeli mieliście okazje podróżować z grupą przyjaciół samochodem film z waszej wyprawy sprawi wam o wiele więcej radości.

Żeby nie być całkowicie sceptycznym wobec tego obrazu trzeba przyznać, że ludzie napotykani w trakcie podróży byli sprytnie dobrani. Przypadkowe spotkania w fajny sposób pokazywały, że na tym świecie może nas spotkać wiele dziwactw, a zwykła rozmowa może przyprawić o mały zawrót głowy. Bo ludzie są naprawdę dziwni. Jest też kilka momentów, kiedy na twarzy pojawia się uśmiech, ale całość nie do końca jest warta wydania kilkunastu złotych na bilet.

Jeżeli lubicie oglądać urywki krajobrazu z podróży czy przydługie sceny zadowolenia z bycia obok drugiej osoby to może będziecie usatysfakcjonowani. Może nawet oglądając ten film poczujecie przez moment ochotę na dłuższą wyprawę. Gdyby skrócić „Blue Highway” to 1,5 min mogłaby wyjść nawet fajna reklama biura podróży. Jak na film wypada dosyć słabo.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
aniolnadmorzem
Anioł nad morzem – recenzja
Mayday – recenzja
dyktator
Dyktator – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*