birdmanNa ekrany polskich kin wszedł właśnie „Birdman” – najnowsza produkcja znanego chociażby z „21 gramów” Alejandro Gonzaleza Inarritu. Film zdążył już zostać entuzjastycznie przyjęty przez widzów oraz krytyków na całym świecie, a w ślad za tym posypały się prestiżowe nagrody oraz nominacje do nagród, z Oscarami na czele. Czym tak urzekła wszystkich opowieść Inarritu?

Riggan Thomsona wcielając się kiedyś w rolę super bohatera Birdmana zyskał niemałą sławę. Niestety po wycofaniu się z grania w kolejnej części przygód człowieka – ptaka, gwiazda Thomsona przyblakła. Po dwóch dekadach próbuje on znów zaistnieć w aktorskim świecie. Chce wystawić napisaną i wyreżyserowaną przez siebie sztukę, w której zagra również główną rolę. Doprowadzenie do jej premiery nie będzie takie łatwe, bo Riggan musi mierzyć się a to z kapryśnym aktorem (Edward Norton), a to ze swoim życiem rodzinnym, wreszcie z rzeczywistością i swoim ego.

A walka tytułowego „Birdmana” z samym sobą to bardzo istotny element filmu. Przez cały seans obserwujemy bowiem niezwykle płynnie przenikające się wyobrażenia i dialogi wewnętrzne głównego bohatera z rzeczywistymi sytuacjami i rozmowami. Reżyser zgrabnie żongluje tymi dwoma światami podkreślając akcję zaskakującą oprawą muzyczną. Zaskakującą, bo motyw przewodni oparty jest wyłącznie na bębnach – samego zaś bębniarza możemy zobaczyć w kilku scenach.

Oglądanie „Birdmana” to trochę takie chodzenie za realizatorem i podglądanie sceny oraz kulis teatru, bo miejsca w filmie zostały ograniczone praktycznie do tych dwóch przestrzeni. Dzięki pierwszorzędnej pracy operatora – Emmanuela Lubezki, mamy wrażenie, że cały „Birdman” to jedno, bardzo długie ujęcie. Razem z kamerą przedzieramy się przez ciasne korytarze i zakamarki broadwayowskich wnętrz przyglądając się problemom głównych bohaterów, ale też stopniowo odkrywając kolejne warstwy filmu.

Oczywiście na pierwszy rzut oka to świetnie pokazana walka dawnego gwiazdora o ponowne zaistnienie, o stworzenie prawdziwej sztuki, która udowodni, że dawny Birdman to dalej dobry aktor. To także jego walka z samym sobą i własnymi demonami: poczuciem niespełnienia, przemijaniem, chęcią bycia na szczycie i chęcią poprawy relacji z córką. Widzimy również u Inarritu pytanie o prawdziwą sztukę, o wyższość formy teatralnej nad telewizyjną, wreszcie o jakość współczesnego kina rozrywkowego. Jakże obrazowo wypunktowuje nam reżyser, że w kinie szerokie grono odbiorców coraz częściej wybiera sensacje, super bohaterów i kontrowersje kosztem obrazów mniej hałaśliwych, ale wartych uwagi i przemyślenia. Wreszcie kolejne mrugnięcie oka daje nam w „Birdmanie” doskonałą krytykę współczesnego świata – świata, w którym bez obecności na Facebooku czy Twitterze nie istniejemy, tak jak główny bohater tej produkcji. Rigganowi Thomsonowi wypomina to jego własna córka (Emma Stone) w znakomitym, nota bene, monologu.

Skoro przy obsadzie jesteśmy to brawa należą się chyba całej ekipie. Aktorsko przekonuje nagradzany już za tę rolę Keaton i drugoplanowy, ale jakże rewelacyjny Norton oraz panie: Emma Stone i Naomi Watts. Małą, aczkolwiek równie udaną, rolę gra tu również znany publiczności z „Kac Vegas” Zach Galifianakis. Dobór Michaela Keatona do kreacji głównego bohatera to przewrotny zabieg, bo jego kariera przypomina historię filmowego Riggana Thomsona. W końcu Keaton po rezygnacji z roli Batmana odszedł nieco w cień i być może rola w „Birdmanie” jest dla niego tym samym, czym dla Thomsona wystawienie po tylu latach sztuki, która zdobędzie uznanie i widowni i krytyków.

Jeśli zaś o krytykach mowa to nie powinniśmy być jednymi z tych leniwych ukazanych w filmie Alejandro Gonzaleza Inarritu i przypinać „Birdmanowi” prostej etykietki, bo to raczej obraz, który każdemu widzowi przyniesie inne refleksje.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
seksnarkotykiipodatki
Seks, narkotyki i podatki – recenzja
bialanoc
Biała noc – recenzja
Listy do Julii – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*