bestieCzłowiek – orkiestra, można by rzec o Benhu Zeitlinie. Objawił się przecież nie tylko jako reżyser, ale także jako autor zdjęć i kompozytor muzyki do swojego fabularnego debiutu, który został już obsypany nagrodami na Festiwalu w Cannes i Sundance. Czy słusznie?

Hushpuppy, rezolutna dziewczynka, zamieszkała wraz z ojcem niewielki skrawek terenu w Bathtub, osadzie slumsów gdzieś w Luizjanie, a mimo to wydaje się nam, że z dala od cywilizowanego świata. W obliczu nadchodzącej powodzi, zdani tylko na siebie i sąsiadów, postanawiają stawić czoła żywiołowi, w heroicznej, z pozoru niezrozumiałej, walce o swoje rozpadające się, marne dobytki. Wkrótce dziewczynka odkrywa przerażającą tajemnicę o wyniszczającej chorobie ojca, a my widząc jak spirala nieszczęść spada na niewinną, niedoświadczoną osóbkę z potwornym impetem, o dziwo nie odbieramy wcale wrażenia, że film jest porażająco przygnębiający, wręcz przeciwnie.

Reżyser osiągnął w rezultacie obraz szalenie pozytywny, idealizujący patologiczne środowisko dziecka poprzez symbiozę kilku prostych, ale efektownych zabiegów. Charakterystyczne zbliżenia kamery, celowo chwiejące się kadry nie były irytujące, ale dodały filmowi niebywałego uroku oraz możliwość percypowania dzieła w zupełnie wyjątkowy sposób. Dzięki temu, oczami dziewczynki można było zauważyć wiele szczegółów, które z pewnością umknęłyby, jeżeli film zostałby przedstawiony z perspektywy dorosłego. Doświadczanie z Hushpuppy choćby konsystencji karmy dla psa, czy ogromu stosu gratów w zaadaptowanej na dom przyczepie, udowodniło jak łatwo jest zrzucić ciężar rutyny z przyziemnych zajęć i na nowo odkryć unikalność nawet najzwyklejszych, prostych przedmiotów.

Natomiast ujęcia planu ogólnego to pełne artyzmu, przemyślane kompozycje przepełnione grą światła i barw, dzięki którym Zeitlin ukazał nam urok rozpadających się chałup zbudowanych ze śmieci, czy zniszczonego przez kataklizm krajobrazu. Udowodnił, że piękno to nie tylko dokładnie sklasyfikowane, antyczne wzorce w sztuce, w większości wypadków sami musimy je wydobyć, głęboko uśpione, z naszego szarego, pokrytego patyną i rdzą otoczenia. Bohaterowie filmu nawet nie próbowali usunąć, dosłownie i w przenośni, nalotu ze skorodowanych materiałów, mieli tę świadomość, że nie odniosą zadowalającego ich rezultatu, a wręcz przedmiot rozpadnie się w ich dłoniach. Przecież zdążyli już zapomnieć o „brudnej otoczce” i wrośli w swoje środowisko. A piękno i szczęście znaleźli w samych sobie, w swojej niedoskonałej,  specyficznej, sąsiedzkiej wspólnocie.

I w tym momencie należałoby wspomnieć o zmaganiach dziewczynki z osaczającymi ją problemami z gwałtownością burzy (jakże sugestywnie w filmie przedstawionej), których wielu dorosłych nie dałoby rady udźwignąć. Hushpuppy na co dzień mogła liczyć na ciepłe słowo mieszkańców Bathtub, ale ojciec wobec swojej córki pozostał bardzo powściągliwy, surowy czy nawet nieodpowiedzialny, unikając zajmowania się małą. Rzucona na głęboką wodę dziewczynka, stworzyła w swojej głowie dzikie i potężne bestie jako wzorce, z których siły, opanowania i niezniszczalności podświadomie brała przykład. Jadnakże obraz nie zatracił przez to swojego realizmu, gdyż od samego początku został nakreślony z perspektywy dziecka, dla którego wyimaginowana, równolegle istniejąca postać jest czymś w zupełności normalnym.

Bez wątpienia kolejną zaletą Bestii z południowych krain okazała się być zadziwiająco dobra gra naturszczyków, na czele z jakże zachwycającą i naturalną Quvenzhané Wallis w roli Hushpuppy. Ktoś kiedyś stwierdził, że świetną ścieżkę dźwiękową poznać można po tym, że wpasowuje się tak w wyświetlany obraz, że staje się jego przezroczystym, niezauważalnym tłem, a przynajmniej po zakończonym seansie nie potrafimy sobie jej przywołać w pamięci. Myślę, że właśnie z tego założenia wyszedł Benh Zeitlin, a co za tym idzie, według mnie i w tej materii odniósł niewątpliwy sukces.

Obraz ten wbrew pozorom został sfilmowany w iście hollywoodzkim stylu, reżyser nie powstrzymał się od zszokowania widza, choćby poprzez oryginalną, dla kontrastu wygładzającą wszelkie ukazane patologie konwencją. To mimo wszystko prosta opowieść o trudach życia, walce o przetrwanie naznaczonej szacunkiem dla swojego pochodzenia, ale okraszona naprawdę genialnymi zdjęciami. Debiutant wkroczył na rynek filmowy pewnym krokiem i miejmy nadzieję, że wkrótce wróci z jeszcze lepszym, głębszym dziełem.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
mojtydzien
Mój tydzień z Marilyn – recenzja
piraci
Piraci! – recenzja
megamocny
Megamocny – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*