artystaLudzie z natury są sentymentalni. Tęsknymi za dawnymi czasami – świetnością, krainą dzieciństwa. Tym co już było. Co było najwspanialsze. Nie możemy zapomnieć o czasach, które minęły i które już nie powrócą.

Taką podróż sentymentalną, z lekką łezką w oku, serwuje nam Artysta. To belgijsko-francuska produkcja autorstwa Michela Hazanaviciusa, którą powracamy do złotych czasów Hollywood. Świata, gdzie królowało kino nieme i on – wybitny aktor tego okresu, George Valentin (stylizowany na Rudolfa Valentino Jean Dujardin). Oklaskiwany, chwalony pod niebiosa, na widok którego fanki mdlały „pęczkami”. Niestety także i jego sława musi przeminąć. Kino wchodzi w świat filmu z dźwiękiem. Valentin nie potrafi się z tym pogodzić, uważa to za fanaberię. Bohater popada w niełaskę, na firmamencie pojawia się nowa gwiazda – Peppy Miller (niezwykle seksowna, a zarazem dziewczęca Bérénice Bejo), która jeszcze nie tak dawno statystowała artyście.

To co w Artyście najbardziej przyciąga, to staromodność. Zarówno w warstwie opowieści – prosta i naiwna historyjka o podstarzałym aktorze, który nie jest w stanie odnaleźć się w nowym świecie, jak i w warstwie realizacyjnej. Nie tylko z tego powodu, że film jest czarno-biały i niemy, ale także z wyniku zastosowania ujęć i kadrów (naprawdę cudnych) znanych właśnie z realizacji z tamtego okresu. Plus klasyczne scenografie (fenomenalna scena na schodach). Wszystko to powoduje, że produkcja Hazanaviciusa jest spójna, wyśmienita warsztatowo, a także działa na emocję widza.

Prawda – Artysta to film naiwny. Są tu sceny rodem z Chaplina, jak i klasycznych romansów. Jednak „opakowanie” jest na tyle dobre, że „wchłania się całość bez problemu”. Dziesięć nominacji do Oscara nie szokują. Także jestem przekonany, że to główny kandydat na najlepszy film roku. Jeśli będzie inaczej, to się zdziwię. Po prostu od czasu do czasu należy „zatopić się” w sentymentalnej podróży. Nawet nie do czasów naszego dzieciństwa, a młodości naszych pradziadków.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
swietyinteres
Święty interes – recenzja
krolartur
Król Artur. Legenda miecza – recenzja
czarodziejska
Czarodziejska góra – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*