annakareninaNajnowsza – trzynasta adaptacja jednego z najsłynniejszych romansów wszech czasów – Anna Karenina w reżyserii Joe Wrighta jest filmem innym niż wszystkie dotychczas.

Twórcy wykazali się ogromną odwagą sięgając po raz kolejny po temat wydawałoby się zgrany już do szczętu. Bo ileż razy można przenosić na srebrny ekran to samo. Powieść Lwa Tołstoja towarzyszy nam – ludziom współczesnego, rozwiniętego świata już od lat młodzieńczych, kiedy to większość z nas sięgała po lekturę w ramach nauki szkolnej. Na dodatek jej pierwsze ekranizacje pojawiły się już w latach 1914-1915, za chwilę zatem świętować będą 100 lecie. Po drodze w rolę jednej z najsłynniejszych, tragicznych, romantycznych postaci kobiecych-  Anny Kareniny –  wcielały się takie sławy kina światowego jak: Greta Garbo, Vivian Lieght, czy Sophie Marseou. Któż mógłby zrobić to lepiej, a przynajmniej tak, by film został zapamiętany? I chyba do tej drugiej kategorii dążyli twórcy ekranizacji z roku 2012. Czy lepiej wywiązali się z zadania niż poprzednicy? Trudno mi ocenić, ale na pewno wykonali to inaczej.

Większość scen filmu rozgrywa się teatrze narzucając z jednej strony pewną sztuczność zachowań postaci, z drugiej poddając nam w wątpliwość prawdziwość naszego życia.  Widz obserwując bohaterów poruszających się w rytmie muzyki wykonujących baletowe gesty zastanawia się: Czy życie jest teatrem, czy teatr życiem? Niezaprzeczalnie wspaniała scenografia, wykazująca dbałość o najdrobniejszy szczegół zachwyca, wprowadza w niepowtarzalny klimat poszczególnych epizodów. Niekiedy skomplikowana choreografia, towarzysząca bohaterom na każdym kroku, wyzwala w widzu z jednej strony uśmiech i pobłażanie z drugiej zmusza do refleksji, czy przypadkiem nasze życie nie jest wkomponowane w podobne układy. Aktorzy zagrali profesjonalnie i z zaangażowaniem.

Pasją i nieokiełznanym wachlarzem uczuć zachwyca i drażni Keira Knightley odtwórczyni roli tytułowej, Jude Law – jako jej filmowy mąż – Aleksiej  Karenin zadziwia powściągliwością i umiejętnością okiełznania malujących się pod wąsem i okularami emocji. Jak zwykle świetny w rolach z pogranicza tragedii i komedii Matthew Macfadyen brawurowo zagrał Stiwę Obłońskiego, brata Anny. Na tym tle dość mdło wypadł młody amant współczesnego kina Aaron Taylor- Johnson jako hrabia Wroński – wielka miłość i źródło tragedii Anny Kareniny. Jednak być może jest to problem roli, dość przewidywalnej, mało rozwojowej, pogromcy niewieściej cnoty, przeistaczającego się w romantycznego czułego kochanka, decydującego się na trudny związek ze starszą, zamężna kobietą.

Anna Karenina zasługuje na obejrzenie i miejsce  w naszej pamięci, jako coś niezwykłego, kontrowersyjny obraz świata, który z jednej strony już nie istnieje, a z drugiej zakorzenił się w każdym z nas, jak element kultury, genetyczny fragment życia przeszłych pokoleń, cząstka niespełnionych marzeń.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
rajmilosc
Raj: miłość – recenzja
prawdziwamilosc
Prawdziwa miłość – recenzja
uwodziciel
Uwodziciel – recenzja
1 Komentarz
  • Nata
    7 czerwca 2013 at 21:27

    świetna recenzja!

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*