adwokat15 listopada premierę miał nowy film Ridleya Scotta „Adwokat”. Przed ekrany przyciągnie nazwisko reżysera, a także aktorów – Fassbendera, Cruz, Diaz, Bardem i Pitta. Ale czy obsada rzeczywiście gwarantuje nam dobre kino?

Znany prawnik, wiodący chęcią dużego zysku, wykorzystuje swoje podejrzane znajomości i wplątuje się w narkotykowy biznes. Jak wiadomo, takie zarobki nie są łatwe i szybkie, zatem w wyniku pojawiających się problemów, bohater próbuje się z nich wyplątać.

O tym miał być film. Czytając opis już mamy przed oczami te sceny akcji, pościgu, strzelaninę. Idąc do kina jednak nie ma co się na to nastawiać. Po (niekoniecznie) głębszym zastanowieniu łatwo dojść do wniosku że to po prostu film o niczym. Z „sex, drugs and rock’n’roll” został sam seks ale i ten nie pojawia się tu w najlepszym wydaniu.

To co aktualnie wyświetlane jest w kinach to zlepek dziwnych i często bezsensownych scen, które z minuty na minutę sprawiają że siedząc w kinie coraz bardziej zastanawiamy się „co ja tu robię?”. Dodatkowo, prawdopodobnie to co się dzieje na ekranie i to co mówią bohaterzy nie raz miało nas rozbawić, jednak ani nie śmieszy ani nie przyciąga naszej uwagi. A na dodatek robi z widzów idiotów, wykładając wszystko czarno na białym, bez miejsca na domysły i analizy. Dialogi są denne, ciągnące się w nieskończoność i kompletnie nic nie wnoszące do fabuły. Główny bohater to prawdziwy idiota dopytujący się o wszystko niczym sześciolatek i podobnie zagubiony jak przedszkolak, który pewnego dnia postanowił zrobić interes o którym nie miał zielonego pojęcia. Pomiędzy durnymi rozmowami, wplecione są niby mądrości życiowe, którymi film aż przytłacza. Cormac McCarthy nie powinien nigdy więcej popełnić tego samego błędu, jakim było wzięcie do ręki długopisu i napisania czegoś co potem nazwał scenariuszem.

Tempo filmu jest wolniejsze niż ślimak. Utrzymuje je bezbarwny Michael Fassbender, a nie podkręca go ani kolorowy Javier Bardem, ani stary, dobry, pewny siebie Brad Pitt. Ale co oni mogą zrobić sami, we dwoje w konfrontacji z takim scenariuszem. A gdy nagle (w jednym momencie ale zawsze coś) zaczyna się coś dziać, już nawet nas to nie rusza. Jest nam jedynie szkoda niczego winnych gepardów, które biedne musiały wziąć udział w takim filmie i poobijały się w aucie. I Penelope Cruz bo zakochała się w idiocie i również nie winna, jak wspomniane zwierzęta, musiała prędzej czy później na tym ucierpieć.
Po tylu minusach odnajdźmy zatem coś dobrego w tym filmie. Przede wszystkim muzyka, choć skąpo wykorzystana, wpada w ucho i mogłaby służyć za ścieżkę dźwiękową w naprawdę dobrym filmie w klimatach meksykańskich. Po drugie, i niestety ostatnie, to świetne zdjęcia niezastąpionego Dariusza Wolskiego. Jednak z tylko tych dwóch składników nie powstanie nawet średni film.

Podsumowując przestrzegam by nikt, tak jak ja, nie stracił nawet minuty na ten film. Jest sto innych opcji, które można by wybrać zamiast „Adwokata” z równie dobrą obsadą, a może i lepszą. Chyba, że ktoś chce zobaczyć jak można zgwałcić samochód i paść z zażenowania.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
karatekid
Karate Kid – recenzja
megamocny
Megamocny – recenzja
nadzycie
Nad życie – recenzja
1 Komentarz
  • 12 września 2017 at 10:12

    Czy dobry? Tego nie wiem. Na pewno ciekawy, przynajmniej dla mnie.

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*