360Lakoniczny tytuł filmu początkowo nie odkrywa przed nami żadnych kart. No chyba, że poznaliśmy jego słabe i oczywiste polskie wymyślenie (tłumaczenie) – 360. Połączeni. Tak naprawdę okazuje, że ta liczba nie jest przypadkowa. Że tak naprawdę nic nie jest przypadkowe i na całym globie niczym klocki domina zazębiają się ludzkie historie.

Przed oczami widza wiruje szachownica odkrywająca kilka różnych historii, które w rzeczywistości nie są od siebie tak daleko odsunięte. Nieważne bowiem, w jakim kraju by się nie toczyły, łączy je jedno – wspólni bohaterowie. Toteż odmienne klatki, losy, historie, tak naprawdę są tylko swego rodzaju schematem, powtarzalnością, w której tylko figury bywają inne.

Mówię tutaj o powtarzalności losu, choć i sam materiał filmowy trochę się w tej kwestii gubi. Jakby zbyt wiele siatek nałożono na jedną planszę, jakby na siłę próbowano rozegrać tę potyczkę z jak największym rozmachem. Doprowadziło to do chaosu i naciąganej wiarygodności. Niedobrze, gdy widz z łatwością może przewidzieć dalszy bieg wydarzeń, a nawet samo zakończenie. To, dzięki bogu, nie skończyło się utopijnie i pomyślnie dla wszystkich bohaterów. Choć tak naprawdę w nieoczywisty, świeży i przekorny sposób tylko w jednym przypadku.

Motywem przewodnim filmu są zdrady i romanse. Oczywiście wszystkie ukrywane, bo któż by tam unikał w dzisiejszych czasach hipokryzji. Okazuje się jednak, że gdy jeden bohater zachowa w sobie wierność małżeńską (szumnie powiedziane, bo raczej po prostu nie będzie chciał jako poważny biznesman upubliczniać przed współpracownikami kontaktów z prostytutką) przyniesie to nieoczekiwany zwrot wydarzeń. Tak twierdzi opis, ale trzeba przyznać, że w strasznie naciągany sposób.

Zawsze wydawało mi się, że to człowiek decyduje o tym, z kim idzie do łóżka, a nie magiczne wszechświatowe połączenie, jednak widocznie się myliłam. Choć chyba reżyser sam tej kwestii nie jest do końca pewny, bo do tego ogólnego fatum dorzuca trochę już zużyte i wytarte frazesy, by chwytać swoje życie, bo nie wiemy, ile razy jeszcze dostaniemy szansę. Trudno się z tym nie zgodzić, ale czy naprawdę znów musimy mieć to podane na tacy w romantycznym melodramacie?

Bądźmy szczerzy, nowego rodzaju kinematografii z 360 nie odkryjemy. Jeśli jednak zadowoli nas trochę dziwny, mało składny, ale mimo wszystko miły film z miłością na pierwszym planie – czemu nie, przerwa świąteczna dla niektórych jeszcze trwa, jakoś ją zapełniać trzeba.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
ted2
Ted 2 – recenzja
niezapomnijmnie
Nie zapomnij mnie — recenzja
Hadewijch
Hadewijch – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*