28pokoiZnany z twarzy, anonimowy z nazwiska aktor drugiego planu, Matt Ross po raz pierwszy staje po drugiej stronie kamery. Bohaterowie to Ona i On oraz stale zmieniające się cztery ściany niewzruszonych, tytułowych pokoi hotelowych. Oboje są w związkach, oboje zdradzają, oboje w końcu będą zdradzani.

28 pokoi hotelowych to portret intymności, z którego zdjęto hollywoodzki szlif. Nie doświadczymy tu wielkich słów i romantycznie ryzykownych posunięć, przyswajanych nam przez arsenał gatunkowej sztampy melodramatu. Zamiast tego Ross proponuje przyjrzeć się czysto pragmatycznej, damsko-męskiej znajomości z cyklu no strings attached. Kochankowie toczą niczym nieskrępowane rozmowy o pierwszych doświadczeniach seksualnych, o polityce, o tańcu. Nawet ulubione atrybuty kobiety muszą zostać zestawione przez Niego w rankingu. I to wszystko oczywiście bez zobowiązań i bez nazwisk. Nic nie zapowiada nadejścia kresu tego błogiego nihilizmu. Ale niestety, oto ona – głupia miłość!

Reżyser zderza ze sobą pisarza, marzyciela z wyrachowaną analityczką. Na szczęście, umiejętnie unika hiperbolizowania tych cech, dzięki czemu opowieść ani na moment nie staje się łopatologiczną karykaturą. Różniących się od siebie kochanków używa jako metonimii, za pomocą której ilustruje dwie opozycyjne postawy: romantyczną i cyniczną. I pozostaje nam jedynie wyczekiwać, za którą ze stron się opowie. O ile się opowie.

Omawiany debiut to także trafne, choć może nie do końca innowacyjne, studium rutyny w związku. Sceny namiętnego seksu stopniowo ustępują miejsca czynnościom szarej codzienności, wyznaniom, w końcu frustracji i niespełnieniu. Oczywiście nikt zeń nie rezygnuje. Współżycie zostaje po prostu przeniesione na przestrzeń pomiędzy ujęciami, gdzie, jak możemy się domyślać, dzieje się sporo. To także miejsce zarezerwowane dla Jej i Jego partnerów, których twórca bardzo łebsko odsuwa, nie zawracając nam głowy błahostkami.
 
Udała się wprawka Rossowi. Wiedział, co i jak chce opowiedzieć. A czy narracja zbudowana na starannie oddzielonych od siebie segmentach, w których zawarł jedną, spójną historię ma zwiastować narodziny nowego w kinie autora? Ci, jak przecież wiemy, przez całe życie kręcą ten sam film. Chciałbym wierzyć, iż nie jest to prognoza przesadzona. Póki co pokazał, że ma swoje trzy grosze do dorzucenia.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
fighter
Fighter – recenzja
alvin3
Alvin i wiewiórki 3 – recenzja
zblizenia
Zblizenia – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*