20 maja o godz. 19 w FIlharmonii Łodzkiej rozpocznie się koncert – 200 lat Polskiego Romantyzmu, 160. rocznica urodzin Franciszka Mireckiego z udziałem rezydentki artystycznej Camille Thomas.

Był uczniem Johanna Nepomuka Hummla i Antonia Salieriego w Wiedniu oraz Luigiego Cherubiniego w Paryżu. Obracał się wśród wiedeńskich kompozytorów: Beethovena, Pixisa, Moschelesa. Podróżował po Włoszech, w Mediolanie poznał Giovanniego Ricordiego, słynnego wydawcę muzycznego, na zlecenie którego komponował, opracowywał cudzą muzykę i napisał traktat o instrumentacji. W dorobku ma opery (wystawiane w La Scali), muzykę baletową, sakralną, kameralną, fortepianową i symfoniczną. O kim mowa? Niewielu domyśli się, że chodzi o kompozytora polskiego. Franciszek Mirecki, urodzony w Krakowie w roku śmierci Mozarta, w pierwszej połowie XIX wieku był muzykiem szeroko znanym w całej Europie. Przez wiele lat działał w kilku miastach włoskich, by pod koniec lat 30. XIX wieku powrócić do rodzinnego miasta, w którym założył prywatną szkołę śpiewu, Szkołę i Bursę Muzyczną i teatr operowy.

 

Franciszek Mirecki, jak wielu polskich kompozytorów – nawet tych z najwyższej półki – został zapomniany. Dlaczego? Trudno powiedzieć. Być może to jakiś polski „gen” każe zaniedbywać twórców rodzimych, a zachwycać się niemal wyłącznie sztuką importowaną. Mirecki ze wszech miar godzien jest przypomnienia, a jego Symfonia c-moll – włączenia na stałe do repertuaru filharmonicznego. Powstała w 1855 roku dla orkiestry w Mannheimie. Miała zostać opublikowana drukiem w Mediolanie, co jednak nie doszło do skutku. Rękopis przeleżał w archiwum aż do 1972 roku. To prawda, Symfonia nie jest dziełem nowatorskim czy w jakikolwiek sposób odkrywczym, ale przecież nie tymi kryteriami (a w każdym nie wyłącznie nimi) kierujemy się w ocenie sztuki. Jedyny utwór Mireckiego reprezentujący gatunek symfonii to świetna muzyka o zajmującej narracji, ciekawych pomysłach melodycznych, znakomitej, bogatej instrumentacji. Całość jest klasycznie przejrzysta, elegancka i emocjonalnie powściągliwa – znać ideały, którymi kompozytor nasiąkł w Wiedniu. Niemniej monumentalna forma (wykonanie utworu trwa ok. 40 minut) czy mazurowy charakter scherza świadczą o tym, że Mireckiemu bliskie były idee romantyczne. Nie bez powodu więc akurat ten utwór powraca w Filharmonii Łódzkiej w Roku Romantyzmu Polskiego.

 

Zestawiony zostanie z arcydziełem muzyki XIX stulecia, jakim niewątpliwie jest Koncert wiolonczelowy h-moll Antonína Dvořáka, twórcy rozpiętego między germańską żelazną logiką formy a słowiańską śpiewnością i onirycznością z dodatkami folkloru z Ameryki Północnej. W Koncercie h-moll najwybitniejszy czeski kompozytor podsumowuje swoje doświadczenia artystyczne: powraca do wcześniejszych utworów, cytuje motywy z oper i melodie pieśni, wprowadza reminiscencje z Symfonii „Z Nowego Świata”. Jeśli więc chcielibyśmy wskazać jeden utwór Dvořáka, który byłby najbardziej reprezentatywny dla jego stylu, moglibyśmy wymienić właśnie Koncert. Ale nic nie wskazywało, że tak będzie.

 

Podobno słynny czeski wiolonczelista Hanuš Wihan bardzo długo namawiać musiał Dvořáka do napisania kolejnego koncertu wiolonczelowego. Twórca „Rusałki” z uporem twierdził, że wiolonczela jest, owszem, niezbędna w muzyce symfonicznej i kameralnej, ale nie sprawdza się jako instrument solowy. „Napisałem już koncert wiolonczelowy, ale żałuję do dziś dnia i nie zamierzam pisać kolejnego”, wyznał kompozytor jednemu ze swoich uczniów, mając na myśli swój młodzieńczy, niezorkiestrowany Koncert wiolonczelowy A-dur. Historia okazała się przewrotna, bo przecież dziś młodszy od nielubianego poprzednika o trzy dekady Koncert h-moll uważany jest za jedno z najwspanialszych dzieł gatunku. Dvořák tryska w nim tak typową dla siebie energią wybitnego melodysty (czego zazdrościł mu sam Brahms) i wprowadza więcej tematów, niż wynikałoby to z reguł poszczególnych form – wszystkie od razu wpadają w ucho i zapadają głęboko w serce. Muzyka koncertu jest z jednej strony niezwykle efektowna i barwnie zinstrumentowana, z drugiej zaś liryczna, wręcz czuła. Bo też w pewnym stopniu to utwór autobiograficzny: w drugiej części Dvořák cytuje melodię własnej pieśni „Kéž duch můj sám” op. 82 nr 1 (Zostaw mnie samego), która należała do ulubionych utworów jego młodzieńczej i niespełnionej miłości, Josefiny Čermákovej. Wieść o jej poważnej chorobie dotarła do kompozytora, gdy w Stanach Zjednoczonych pracował nad koncertem. Niespodziewanie liryczna koda zmodyfikowana została na wieść o śmierci dawnej ukochanej wiosną 1895 roku. Po latach syn kompozytora, Otokar, napisze: „To niezapomniane zakończenie było pożegnaniem i ostatnim hołdem złożonym przez mojego ojca jego miłości”.

 

Obok Orkiestry Symfonicznej FŁ pod kierunkiem Pawła Przytockiego usłyszymy Camille Thomas. Francuska wiolonczelistka powraca, by wystąpić ostatni raz w ramach tegorocznej rezydencji artystycznej w FŁ. Zapewne nie przypadkowo wybrała właśnie dzieło Dvořáka, skoro, jak powiedziała w wywiadzie dla FŁ: „Pewien szczególny rodzaj francuskiej elegancji mam zapewne zapisany w DNA, ale emocjonalnie zdecydowanie jestem Słowianką”.

 

Wykonawcy:

Camille Thomas – wiolonczela

Paweł Przytocki – dyrygent

Orkiestra Symfoniczna FŁ

Program:

  1. Mirecki – Symfonia c-moll
  2. Dvořák – Koncert wiolonczelowy h-moll op. 104

Ceny biletów: normalny 48–34 PLN, ulgowy 36–24 PLN

 

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
9 AŻ. Festiwal – informacje
74. sesja Musica Moderna
Muzyczne dialogi – Koncert poświęcony prof. Januszowi Kopczyńskiemu

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*