11minutPo pięciu latach przerwy i ostatniej, nagradzanej w środowisku filmowym produkcji „Essential Killing” Jerzy Skolimowski powrócił z zupełnie nowym obrazem. Na ekranach kin pojawiło się „11 minut” – film z całkiem niezłym zwiastunem oraz obsadą i nadzieją na kawałek dobrego, wciągającego thrillera. Niestety, nadzieja szybko umarła, bo w kinie otrzymałam męczące klisze z życia kilku postaci i rozczarowująco banalne zakończenie.

W „11 minutach” ciężko mówić o fabule, która byłaby jedną, gładko prowadzoną historią. Mamy tu raczej kilka fragmentów tytułowych 11 minut z życia zupełnie przypadkowych bohaterów. Jest mąż podejrzewający żonę o zdradę, kurier – narkoman, uliczny sprzedawca hot – dogów, para alpinistów czy starszy pan – malarz. Na ekranie obserwujemy to co robią te postacie tuż przed wydarzeniem finałowym, które powiąże ich los. I poza tym krótkim wycinkiem z ich życia o samych bohaterach nie dowiadujemy się właściwie nic więcej. Widać wyraźnie, że Jerzy Skolimowski bardziej niż na jakimkolwiek przybliżeniu widzowi tych postaci i ich historii skupił się raczej na samym zdarzeniu stanowiącym punkt kulminacyjny. Nic zatem dziwnego, że realizacja całości podporządkowana jest końcówce filmu.

Co za tym idzie, w całym obrazie reżyser bawi się kadrami i montażem (obok spokojnego prowadzenia kamery mamy rozedrgane ujęcia telefonem), miesza chronologią – powraca do tych samych sytuacji pokazując je z perspektywy innych osób, a wszystko po to, by dać odczuć odbiorcy, że w którymś momencie ścieżki wszystkich postaci muszą się przeciąć. Trzeba w tym miejscu przyznać, że pod względem realizacji kadrów twórca zadbał o dużą różnorodność. Ponadto przez cały seans Skolimowski próbuje również wywoływać w nas napięcie i trzymać tempo, w czym pomóc ma muzyka – surowa i bez wyraźnej melodii przewodniej. Niektórzy pewnie uznają ją za zbyt hałaśliwą i faktycznie miejscami taka jest.

Niestety, wszystkie te zabiegi realizatorskie zamiast coraz bardziej nas ciekawić w którymś momencie zaczynają irytować i potem widownia czeka już tylko na finał, by dowiedzieć się co takiego strasznego stanie się na końcu. Tu Skolimowskiemu udaje się zaskoczyć widzów, bo otrzymujemy dramat, jednakże nie jest to olbrzymia katastrofa jakiej się spodziewamy. To raczej tragedia poszczególnych bohaterów jako jednostek, po której zostajemy z napisami końcowymi i własnymi przemyśleniami. A refleksje po „11 minutach” można sprowadzić do tego, że tak naprawdę nie wiemy ile czasu nam jest dane, ani co nas czeka. Możemy znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie i nagle okaże się, że niczego już w życiu nie zrobimy. Ale to przecież powinniśmy wiedzieć.

Podsumowując, najnowsza produkcja Jerzego Skolimowskiego, choć doceniona na festiwalu w Wenecji, dla mnie wypada poniżej oczekiwań i przypuszczam, że mocno podzieli kinomanów. Można się przy tym filmie spierać czy w samej jego formie występuje powiew świeżości, nie da się natomiast zaprzeczyć, że pod względem treści „11 minut” prezentuje się mizernie.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
grabarz
Grabarz – recenzja
testnazycie
Test na życie – recenzja
magicmike
Magic Mike – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*