czwartek, 30 marca 2017

Ostatnia aktualizacja:02:36:04 PM GMT

Lokalizacja: Muzyka Wywiady Mama Selita – zjawisko brzmienia (wywiad)

Mama Selita – zjawisko brzmienia (wywiad)

Mama_Selita_Ldz

Mówi się o nich, że ich piosenki wybuchają dopiero na scenie. Gdy wydawali swój debiutancki album „3,2,1…” mieli za sobą trzycyfrową liczbę koncertów. Ich muzyki nie da się upchnąć w jednej, konkretnej szufladce. O tym dlaczego stara stodoła jest lepsza od sterylnego studia, ile tak naprawdę talentu, a ile show zawierają popularne widowiska telewizyjne i kto kręcił się koło ich nowej płyty rozmawiałam z Igorem Seiderem, wokalistą zespołu Mama Selita. Grupa 4 kwietnia zagra w łódzkiej Scenografii, nie sami, bo jako support pojawi się grupa Magister Ninja, a do gościnnego występu zaprosili także reprezentantów łódzkiej rap sceny: Wygę i Dwa Sławy.

 

Daria Kubasiewicz: Przygotowujecie się do wydania drugiego albumu („Materialiści” – przyp.red.). Od debiutu minęły trzy lata. Patrząc wstecz potrafisz ocenić co nagrywa się trudniej?

Mama Selita: Debiut to takie trochę „the best of”, to co zespół robi przez lata, aż w końcu ma tę dojrzałość, ma coś do zaprezentowania. Jest to klauzula, która ma zamknąć pierwszy etap działalności. Przy drugiej płycie zaczynają się schody i trzeba pokazać, że ma się na siebie pomysł. I my potrzebowaliśmy trochę czasu. Oczywiście kawałki powstawały, ale w sposób dość organiczny, aż postanowiliśmy ten proces przyspieszyć. I aby ta płyta miała unikalny charakter postawiliśmy na dość radykalny sposób jej realizacji.

D.K.: To akurat jest dla Was dość znamienne. Pierwszą płytę nagraliście na setkę, drugą również. Nie lubicie studyjnego, sterylnego brzmienia?

M.S.: No tak, ta płyta jest taką ucieczką w kilku płaszczyznach. Raz, jest to ucieczka od szufladkowania, któremu muzyka łatwo podlega. Nas przy pierwszej płycie porównywano do różnych zespołów, chcieliśmy pokazać, że jest zupełnie inaczej. Po drugie, ucieczka od zastanych, sterylnych warunków studyjnych, które trochę rozleniwiają muzyków, bo są to rozwiązania dość wygodne, a nam z takimi nie po drodze. I w końcu ucieczka z miasta, od tych wszystkich bodźców i zobowiązań, którym podlegamy. Plan był taki: odciąć się, wyjechać na dwa tygodnie do zupełnej dziczy, znaleźć te dźwięki i brzmienia, które będą zupełnie unikalne. I to się udało.

D.K.: A nie męczy Was to ciągłe poszukiwanie szufladki, w którą można Was wepchnąć. Nikt jeszcze do końca nie sprecyzował Waszego brzmienia, ale wszyscy wciąż próbują.

M.S.: Musimy wykazać się pewną wyrozumiałością, ludzie potrzebują tych szufladek, żeby móc zbudować sobie pewien obraz, czym jest Mama Selita. Fajnie, gdy porównują nas do tych największych typu Rage Against The Machine czy Red Hot Chili Peppers. Jestem ciekaw, jaka będzie kreatywność krytyków przy nowej płycie, bo nie ukrywam, że eksplorujemy zupełnie nowe obszary muzyczne. Może pojawią się nowe łatki, ale gdzieś też czuję, że ta płyta jest na tyle nowa i na tyle inna, że możemy już mówić o zjawisku brzmienia Mama Selita.

D.K.: Zaczęliście z wysokiego C, bo jako zespół debiutujący dostaliście się pod skrzydła Marcina Borsa, który już wtedy zajmował się czołówką polskiej sceny muzycznej. Teraz płyt, o których mówi się „słychać Borsa” jest na rynku co raz więcej. A Wy postanowiliście powierzyć „Materialistów” komu innemu. Dlaczego?

M.S.: Przy pierwszej płycie Marcin wspierał nas przy miksie i masteringu, a cały materiał zarejestrowaliśmy sami, bo od początku wiedzieliśmy co wspólnie chcemy uzyskać. Przy tej płycie też wiedzieliśmy jak chcemy żeby to zabrzmiało, więc szukaliśmy człowieka, który pomoże nam tę wizję zrealizować. Chcieliśmy, żeby to było brudne, intensywne, takie trochę niepolskie, jeśli chodzi o mianownik rockandrollowy. Postanowiliśmy uciec od superprodukcji i powierzyć materiał komuś, kto w takich dziwnych okolicznościach, jak stara stodoła na odludziu pozwoli nam uzyskać konkretny sound. I taką osobą okazał się Olo Mothashipp, do tej pory kojarzony ze sceną reggae’ową ( Marika, Vavamuffin). Mam wrażenie, że praca z nami była dla niego fajnym wyzwaniem i też wyjściem poza kierunki, z którymi do tej pory był kojarzony.

D.K.: Opierając się na Waszych doświadczeniach chcę Cię zapytać o realia rynku muzycznego w układzie wytwórnia-debiutant, ale najpierw powiedz czy druga płytę również wyda Wam Aloha Entertainment?

M.S.: Przy debiucie skorzystaliśmy z naszego koleżeńskiego układu z Proceente, czyli właścicielem Aloha Entertainment. Sztama została i wciąż czujemy się częścią alohowego środowiska artystycznego, ale „Materialiści” ukażą się, mam nadzieję, jeszcze w pierwszej połowie tego roku w innych barwach.

D.K.: Pytam, bo zdarza mi się słyszeć od debiutantów, że wysyłając materiał do dużej wytwórni dostają odpowiedź: „fajne, ale się nie sprzeda”. Wy przy debiucie postawiliście na niewielką wytwórnię, ale mieliście podobne przygody?

M.S.: To jest coś co właśnie strasznie podcina skrzydła, kiedy jesteś debiutantem. I czasem czekasz na te odpowiedzi, które albo nie nadchodzą, albo są właśnie lakoniczne i nieprecyzyjne. Nas ten marazm zaczął dosięgać i pomyśleliśmy, że nie chcemy wychodzić z pozycji zespołu na kolanach, który błaga o to, żeby jego materiał się ukazał. Chcieliśmy to zrobić po swojemu i Aloha dała nam takie możliwości. To nieduże wydawnictwo, ale tam wszystko zależało od nas, byliśmy za wszystko odpowiedzialni i jeśli coś nie wychodziło, to mogliśmy mieć pretensje tylko i wyłącznie do siebie, ale przynajmniej mieliśmy nad tym pełną kontrolę. Od sposobu w jakim zostało to wydane aż po dystrybucję.

D.K.: Mieliście też epizod w talent show (Must Be The Music – przyp.red.). Widziałam Wasz wywiad z Rawiczem, gdzie byliście dopiero w trakcie castingów jeszcze pełni optymizmu, że taki program nie jest żadną ujmą, dopóki gracie swoją muzę wszystko jest w porządku. Po jakimś czasie czytałam wywiad dla Onetu, w którym nie dało się ukryć rozczarowania, że to tylko show telewizyjny, a nie program muzyczny. Gorzkie.

M.S.: Teraz kiedy patrzę na to z perspektywy odległego epizodu, odległej perspektywy, to cieszę się, że nie uzależnialiśmy swojej kariery od udziału w takim programie. W wymiarze promocyjnym Must Be The Music bardzo nam pomogło, bo bardzo dużo ludzi usłyszało o naszej muzie. Natomiast to, co dzieje się tam w środku, no cóż, jeśli jesteś artystą, który nie ma muzyki, repertuaru, nie wie co ze sobą zrobić, to łatwo się przez taki program rozpieprzyć. Ta różnica w proporcjach show do talent jest bardzo duża i naciski ze strony produkcji są zrozumiałe, w końcu jest to show telewizyjne. Natomiast zawsze zderzenie z realiami jest trochę mniej optymistyczne, wielu artystom takie programy pomogły, ale my po tym doświadczeniu podchodzimy do tego już trochę bardziej sceptycznie.

D.K.: Ale swój plan wykonaliście w stu procentach?

M.S.: To był dobry krok promocyjny, nawet ostatnio dostaliśmy parę propozycji z innych programów, żeby się w nich pokazać. Ale nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Mamy to już za sobą, dziękujemy.

D.K.: A jeśli chodzi o nowe wyzwania - wciąż chodzisz na lekcje śpiewu?

M.S.: Tak. Dla mnie cały ten etap pracy w studiu z Olem był wielkim krokiem naprzód jeśli chodzi o świadomość wokalną. Na tej płycie pojawia się dużo więcej melodii i miejsca na wokal niż na „3,2,1…!”. Bardzo pomógł mi Bartek Caboń, niesamowicie inspirujący nauczyciel, który pozwolił mi odkryć swoje możliwości. Nie mam ambicji, by stać się wokalistą, ale to super rzecz: uczyć się, rozwijać i pokonywać własne słabości.

D.K.: Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież