nicwidmo2Na ekranach naszych kin możemy właśnie oglądać „Nić widmo” – produkcję Paula Thomasa Andersona o egocentrycznym projektancie mody Reynoldsie Woodcocku (Daniel Day-Lewis) oraz jego skomplikowanych relacjach z Almą (Vicky Krieps). Obraz ten, choć niezwykle elegancki i słusznie nagrodzony Oscarem za kostiumy, jest jednym z tych, który spodoba się wyłącznie okrojonemu gronu kinomanów. Dlaczego?

Zacznijmy od tego, że „Nić widmo” zrealizowana została w określonej estetyce: nieco zmanierowanej, powolnej i pod względem fabularnym skromnej. Cała opowieść opiera się bowiem wyłącznie na więzi jaka łączyła Woodcocka z jego pracą oraz z Almą, która skradła jego serce. Na ekranie przewijają się więc prozaiczne obrazy ze wspólnego życia tej dwójki i kadry z prac nad kolejnymi sukniami. Nie ma tu żadnych zwrotów akcji, niewiele się dzieje, choć seans trwa ponad dwie godziny. Reżyser przez ten czas próbuje raczej zgłębić portret psychologiczny dwójki głównych postaci oraz pokazać nam łączące ich, osobliwe uczucie, a przy okazji udowodnić, że nawet w niejako toksycznej relacji jest miejsce na miłość. Niestety, ten fabularny marazm powoduje, że film momentami nas nuży i słusznie można zarzucić mu nudę. Pod tym względem nie ratują produkcji nawet niedomówienia czy insynuacje, których tu sporo. Ale to wszystko to przecież wyróżniki stylu Andersona, więc fani jego twórczości nie powinni być zawiedzeni.

Natomiast nie-fani tego reżysera, jeśli nie kupią „Nici widmo” w całości, powinni obiektywnie docenić muzykę, kostiumy i grę aktorską Daniela Day-Lewisa. Muzyka i kostiumy znakomicie wpisują się w nadaną temu obrazowi konwencję. Poważny i stonowany soundtrack, nad którym czuwał Johnny Greenwood, towarzyszy nam przy każdym kadrze, ale nie jest przy tym nachalny. Stanowi zaś doskonałe dopełnienie obrazu. Z kolei jeśli chodzi o kostiumy to Oscar w tej kategorii mówi sam za siebie. Pełne kolorów kreacje przykuwają naszą uwagę, zwłaszcza, gdy widzimy z jakim namaszczeniem główny bohater podchodzi do tworzonych przez niego strojów.

Wartą uwagi jest także sama kreacja aktorska czołowego bohatera, a więc Woodcocka. Daniel Day-Lewis, który zapowiedział przejście na filmową emeryturę, spisał się tworząc postać projektanta. Znakomicie wyszła mu rola egoistycznego kreatora – artysty, pracoholika, człowieka z mnóstwem przeróżnych zasad i nawyków. Zresztą kroku dotrzymywała Lewisowi zarówno Vicky Kreips, jak i grająca siostrę projektanta Lesley Manville. To w duecie z pierwszą z Pań Day-Lewisowi udało się stworzyć erotyczne napięcie bez emanowania jakąkolwiek nagością.

Niemniej jednak, ani dobrze dobrana i wykorzystująca swój warsztat obsada, ani wspomniane wcześniej pozytywy, nie są w stanie przesłonić faktu, że bez szerszego zaplecza fabularnego „Nić widmo” nie zaskarbi sobie sympatii większego grona odbiorców. Jeśli dodamy do tego brak dynamiki oraz problem z przekazaniem widzowi emocji bohaterów okaże się, że film wcale nas nie ujmuje, a nieco męczy. Podsumowując, jeśli nie lubicie twórczości Paula Thomasa Anderson, nie przepadacie za filmami kostiumowymi, cenicie kino dynamiczne albo sam klimat obrazu to dla Was za mało, to ta produkcja z pewnością nie jest dla Was i możecie oszczędzić sobie wycieczki do kina. W innych wypadkach możecie pokusić się o seans.

nicwidmo

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
mistrztancapowraca
Mistrz tańca powraca – recenzja
zwerbowana_milosc
Zwerbowana miłość – recenzja
ono
Łono – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*