Woody’emu Allenowi powrót  z Europy na Manhattan zdecydowanie posłużył i zaowocował komedią „Whatever works”. Jest to perełka wśród amerykańskich produkcji ostatnich miesięcy. Błyskotliwe dialogi i cięty humor – kinomanii długo na to czekali. Scenariusz pochodzący z najlepszego twórczego okresu Allena po lekkim liftingu okazał się strzałem w dziesiątkę.

Historia zaczyna się, gdy pod drzwiami zgryźliwego, stetryczałego fizyka Borisa (w tę rolę wcielił się Larry David, choć pewnie mógł go zagrać sam Allen) pojawia się młoda dziewczyna z prowincji, Melody. Ona – uciekła od rodziców chcąc poznać prawdziwy świat; naiwna, głupiutka i słodka.  On – sam o sobie mówi „geniusz”; sarkastyczny pesymista i megaloman, niewierzący w miłość. Dziewczyna, nie mając się gdzie podziać w przerażającym Nowym Jorku, wprasza się do Borisa. Pięć minut, jedna noc na kanapie, kilka dni… czas, który razem spędzają co raz bardziej się wydłuża. Początkowo niechętny fizyk daje się oczarować Melodie i biorą ślub.

W „standardowej” komedii romantycznej byłby to szczęśliwy happy ending. U Allena jest to dopiero początek zabawnych perypetii czekających bohaterów. Niespodziewanie w mieszkaniu państwa „młodych” pojawiają się rodzice Melody – kolejno: matka – dewotka, a gdy Borisowi wydaje się że ma ją już z głowy, ojciec – fan polowań i broni palnej. W Nowym Jorku prowincjusze odnajdują swoją prawdziwą naturę. „Whatever Works” (niezbyt szczęśliwie przetłumaczone przez polskiego producenta jako „Co nas kręci, co nas podnieca”) odnosi się do często powtarzanych przez Borisa słów, dotyczących różnych sposobów na miłość i szczęście. Róbcie co chcecie, jak długo was to satysfakcjonuje.

Film przesycony jest doskonałymi dialogami. Zwłaszcza złośliwości prawione przez Borisa, jego zrzędliwość  i impertynencje – wywołują śmiech. Larry David i Evan Rachel Wood (jako Melody – czyżby Scarlett Johansson już się reżyserowi przejadła?) świetnie poradzili sobie z wcieleniem się w charakterystycznych bohaterów. Scenariusz jakby pisany specjalnie dla nich.

I choć zakończenie jest dość cukierkowe (co nieco zaskakuje w przypadku filmów Allena), to „Co nas kręci…” jest doskonałą komedią, a dobra zabawa gwarantowana!
PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
koszmarzulicywiazow
Koszmar z ulicy Wiązów 2010 – recenzja
magicznapodroz
Magiczna podróż do Afryki – recenzja
historiaroja
Historia Roja – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*