środa, 25 kwietnia 2018

Ostatnia aktualizacja:04:43:08 PM GMT

Lokalizacja: Film Recenzje filmów Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri - recenzja

Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri - recenzja

trzybillboardy22Nominacje Amerykańskiej Akademii do Oscarów, czy innych gremiów do prestiżowych nagród bywają często niezrozumiałe dla szerokiej publiczności, a oceny filmowe krytyków niejednokrotnie diametralnie odbiegają od tych wystawionych przez widza. Dlatego miło dać się zaskoczyć i odkryć, że gusta fachowców i przeciętnego kinomana są zbieżne, tak jak w przypadku filmu „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” w reżyserii Martina McDonagh'a. Ten obraz, zdobywca 4 Złotych Globów i kilku nominacji do Oscara - w tym za Najlepszy film, faktycznie ma w sobie to coś.

„Trzy billboardy...” to obraz wielopoziomowy i barwny, do którego każdy z nas może podejść inaczej i w zależności od odbioru inaczej go sklasyfikować. Dla mnie film ten to przede wszystkim rasowy dramat, choć łączy w sobie elementy z wielu innych gatunków filmowych. Niech Was nie zmylą opisy prezentujące tą produkcję również jako kryminał czy komedię. Tutaj na pierwszy plan wysuwa się osobista tragedia głównej bohaterki Mildred Hayes (Frances McDormand), której zamordowano córkę i która jest tak zdesperowana, aby złapać  zabójcę, że wystawienie trzech kontrowersyjnych dla mieszkańców miasteczka billboardów wydaje się ostatnią akcją, która ma wywołać jakąkolwiek reakcję. Również na dalszym planie i wśród postaci, wydawałoby się z tła, nie brakuje mniejszych i większych dramatów, jak chociażby prywatna tragedia szeryfa Willoughby (w tej roli Woody Harrelson).


 
Obok tych przygnębiających wątków, w produkcji przewija się jednak wiele zabawnych momentów (choć humor tu panujący jest z gatunku tych czarnych), umiejętnie rozłożonych w kadrach. To w dużej mierze właśnie dzięki nim, film bardzo absorbuje widza i skupia naszą uwagę przez cały czas, w taki sposób, że nie wiadomo kiedy mijają niemalże dwie godziny seansu. Udział w tym ma też pewnie konwencja produkcji, która chwilami przywodzi na myśl western – zwłaszcza soundtrack tego obrazu oraz sceny, gdzie Mildred ściera się niczym kowboj ze stróżami prawa. Ale rozrywkowa strona tego obrazu to również zasługa doskonale rozłożonych akcentów: powagi, wzruszeń, śmiechu i zaskoczenia oraz dobrze skrojonych postaci.

Główni bohaterowie „Trzy billboardy...” są charakterystyczni i charyzmatyczni. Każdy z nich: Mildred, szeryf Willoughby, oficer Dixon (znakomity Sam Rockwell) ma za sobą jakąś historię, którą w miarę trwania filmu poznajemy, tak, że możemy choć trochę przybliżyć się do zrozumienia motywów, którymi się kierują. Co więcej, zauważcie, że postaci te są tak napisane, świetnie obsadzone i wiarygodnie zagrane przez wszystkich czołowych aktorów, że każdą z nich darzymy jakąś dozą sympatii.

Podsumowując obraz „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” ciężko powiedzieć, żeby coś w tym filmie nie grało. Trochę boję się powiedzieć, że to produkcja kompletna, ale to właśnie tego rodzaju słowo przychodzi na myśl po skończonym seansie. Na pewno to film zaskakujący, z pozoru w ogóle niezapowiadający tego, co zawiera, a już tym bardziej tej wyważonej warstwy rozrywkowej. Ja więc tym razem chętnie podzielę zdanie krytyków i fachowców i jeśli „Trzy billboardy…” miałyby dostać Oscara za Najlepszy film – jestem na tak! A Wy?

trzybillboardy

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież