poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Ostatnia aktualizacja:04:43:08 PM GMT

Lokalizacja: Film Recenzje filmów Gra o wszystko - recenzja

Gra o wszystko - recenzja

graowszystko

Zanim Molly Bloom została jednym z najbardziej wpływowych organizatorów nielegalnych gier w pokera, była dobrze zapowiadającym się sportowcem w kategorii narciarstwa szybkiego. Z powodu poważnej kontuzji nie mogła powrócić do dawnej formy, a tym samym kontynuować sportowej kariery.

Przeprowadziła się do Kalifornii. Pracowała dorywczo głównie w podrzędnych knajpach, w tym w słynnej Cobra Lounge, gdzie The Doors grali swoje pierwsze koncerty. W jednym z takich lokali poznała niejakiego Deana Keitha (nazwisko zmienione na potrzeby filmu), u którego dorabiała jako 'pomoc przy stole pokerowym'. Po serii konfliktów z pracodawcą postanowiła działać na własną rękę. Panie i Panowie, oto „księżniczka pokera”, której rząd Stanów Zjednoczonych wytoczył proces - Molly Bloom.

„Gra o wszystko” oparta jest na książce bohaterki filmu. Jest to także debiut reżyserski wziętego hollywoodzkiego scenarzysty – Aarona Sorkina, który ma na koncie takie prace, jak chociażby „Moneyball”, „Steve Jobs”, czy fenomenalne „Social Network”. Jak na jego pierwszy film całość wygląda rzetelnie, żeby nie powiedzieć bardzo dobrze, jednakże obraz cierpi na pewną chorobę, którą wcześniej zaraziły się „Big Short” Adama McKay'a, „Rekiny wojny” Todda Phillipsa i „Barry Seal: Król przemytu” Douga Limana – mianowicie ogromna inspiracja „Wilkiem z Wall Street” Martina Scorsese.

Jeśli postawimy „Grę o wszystko” obok trzech powyższych produkcji, film Sorkina prezentuje się najlepiej z nich. Duża w tym zasługa nie tylko świetnego scenariusza (o tym za chwilę), ale przede wszystkim idealnie dopasowanych odtwórców ról. Kevin Costner w roli despotycznego ojca Molly zbudował naprawdę silną kreację, a fakt, że widzimy go na ekranie dość krótko, jeszcze bardziej działa na jego korzyść. Idris Elba w życiowej roli. Aż dziwi brak nominacji do ostatnio wręczonych Złotych Globów. Prawdziwą perełką pozostaje jednak odtwórczyni roli głównej - Jessica Chastain. Aktorka nie ma tutaj tak zwanej 'oskarowej sceny'. Jej kreacja jest niezwykle wyważona, przemyślana, kompletna. Jedynym rozpraszaczem (w tym wypadku pozytywnym) jest jej dekolt. Sukienki, które nosi w filmie, nie tylko dodają jej uroku i podkreślają kształty, ale przede wszystkim świadczą o sile jej charakteru (kusi bogatych graczy, ale nie sypia z nimi).
   
Scenariusz „Gry o wszystko” przypomina film akcji, z tą jednak różnicą, że zamiast strzałów z broni dostajemy... dialogi. Są one szybkie, riposty w nich zawarte cięte, a czający się między słowami humor dopełnia całości. Nie powinno być to zaskoczeniem. Jeśli ktoś widział „Social Network”, zapewne zdaje sobie sprawę, że Sorkin jest wytrawnym specem od prowadzenia wojny opartej na soczystej wymianie zdań.
   
„Gra o wszystko” nie jest tak dobrym obrazem o pokerze jak „Cincinnati Kid” Normana Jewisona. Nie jest to żadnym zarzutem. Głównym problemem filmu nie jest potyczka przy karcianym stole, lecz fakt udowodnienia sobie i światu, że nie jest się przegranym. Molly Bloom cytuje byłego Premiera Wielkiej Brytanii i laureata literackiej Nagrody Nobla – Winstona Churchilla, który powiedział: „Sukces polega na przechodzeniu od porażki do porażki bez utraty entuzjazmu”. W procesie rząd Stanów Zjednoczonych przeciwko Molly Bloom stawiam na faworyta. Chyba domyślacie się kto wygrał.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież