piątek, 24 marca 2017

Ostatnia aktualizacja:12:47:50 PM GMT

Lokalizacja: Film Recenzje filmów La La Land - recenzja

La La Land - recenzja

lalalandAmerykański rynek filmowy stał się przewidywalny do bólu. Z uwagi na brak pomysłów i nowatorskich rozwiązań zaczęto realizować hołdy dla starszych produkcji. Nie tak dawno temu mogliśmy oglądać „Artystę” w reżyserii Michela Hazanaviciusa, czyli uwielbienie dla kina niemego. Przyznaję, iż wizualnie zrobił ogromne wrażenie, jednak w środku był pusty i bezemocjonalny. Wielu krytyków do dziś zachwyca się tym „arcydziełem”, jednak sam wygląd zewnętrzny (w tym wypadku estetyka filmowa) bardzo często bywa mylący.

„La La Land” w reżyserii Damiena Chazelle’a też jest hołdem, ale dla musicali. Gatunek ten święcił triumfy ponad pół wieku temu i osiągnął perfekcję zarówno fabularną, jak i realizacyjną. W nowym filmie twórcy „Whiplash” dostajemy same standardy. Po pierwsze młodą parę marzącą o wielkiej karierze – ona chce być gwiazdą kina, on królem jazzowej estrady. Po drugie dylemat moralny, w tym wypadku dość banalny – wybrać zawodowy sukces czy uczucie do ukochanej osoby. Po trzecie chwytliwe piosenki, bogatą scenografię i wirtuozerskie układy taneczne. Wszystko skondensowane tak, aby przeciętny widz poszedł do kina, a twórcy zdobyli całą masę branżowych nagród z Oskarami na czele.


   
Chazelle powiedział, iż żałuje, że musical stał się gatunkiem zapomnianym. Swoim „La La Land” próbuje przywrócić go do łask. Może i udałoby mu się to w pełni, gdyby nie ten cholerny hollywoodzki blichtr objawiający się w prosty sposób – oto główni bohaterowie jego filmu widzą sztuczność, jakimi emanują ich wymarzone kariery, a mimo to nadal ich pragną. Hollywood zrobiło się nagle takie empatyczne i szlachetne? Nie wierzcie w to. Poza tym pamiętamy inne przereklamowane musicale, spośród których prym wiodą „Chicago” Roba Marshalla i „Nędznicy” Toma Hoopera.
Siłą „La La Land” są techniczne smaczki i nawiązania do starszych, już klasycznych produkcji. Dodatkowy atut stanowią chwytliwie zaaranżowane piosenki, chemia między odtwórcami głównych ról – Ryanem Goslingiem i Emmą Stone oraz reżyserska finezja. Pamiętajmy jednak, że to wszystko już było. Wyróżnia się jedynie sposób, w jaki zmontowano zakończenie. Jest ono jedynym oryginalnym motywem.

Pomimo wielu zalet film cierpi na podobną przypadłość, co wcześniej wspomniany „Artysta”, a dobrze wiemy, że sam wygląd zewnętrzny to nie wszystko. W męskim żargonie często ocenia się kobiety w skali od jednego do dziesięciu. „La La Land” nie jest dziesiątką, to raczej pięć mocnych dwójek.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież