piątek, 26 maja 2017

Ostatnia aktualizacja:09:59:16 AM GMT

Lokalizacja: Film Recenzje filmów Lion. Droga do domu - recenzja

Lion. Droga do domu - recenzja

lionW 1998 roku nowojorski raper Dante Smith, w środowisku hiphopowym znany jako Mos Def, nagrał porywający utwór zatytułowany „Travellin’ Man”. W refrenie padają słowa: „wspomnienia nie żyją w ludzki sposób. Zawsze pamiętają o Tobie. Czy sprawy mają się dobrze, czy źle, to tylko wspomnienia. Kochanie, nie zapomnij mnie, jestem podróżującym mężczyzną. Poruszam się poprzez miejsca, przestrzeń i czas. Mam dużo rzeczy do zrobienia. Z bożej woli wracam do Ciebie”.

Zacytowany powyżej klasyk idealnie wpasowuje się w życie Saroo - głównego bohatera „Lion. Droga do domu”. Jako pięcioletni chłopiec zgubił się na ulicach Kalkuty. Teraz, gdy upłynęło 25 lat, postanowił odnaleźć utracony dom i rodzinę. Podróż, jaką odbywa, nie służy jedynie spotkaniu z bliskimi, ale przede wszystkim mentalnemu oczyszczeniu i próbie pogodzenia się z nie zawsze sprawiedliwym losem.

„Lion. Droga do domu” różni się od innych produkcji, w których podróż jest motywem przewodnim. W „Easy Rider” bohaterowie grani przez Petera Fondę i Dennisa Hoppera przemierzali Stany Zjednoczone w narkotycznym uniesieniu. Thelma i Louise, uciekając Fordem Thunderbirdem przez pustynne bezdroża i górskie wąwozy, musiały zmierzyć się z szowinizmem i nierównościami społecznymi. Christopher McCandless – bohater „Wszystko za życie” - miał dosyć wszechobecnego konsumpcjonizmu, wymagań środowiska, poprawności politycznej i w konsekwencji odciął się od świata. Saroo natomiast chce należeć do świata, którego go pozbawiono. I nie chodzi jedynie o dotarcie do rodziny niewidzianej ćwierć wieku, a raczej o tożsamość i wspomnienia, które bardzo głęboko zakorzeniły się w jego umyśle. Tylko one trzymają go na powierzchni i nie pozwalają zboczyć z dobrze obranego kursu.


   
„Lion. Droga do domu” nie jest filmem wyszukanym, co nie znaczy wcale, że reżyser – Garth Davis – popełnił jakiś błąd. Postawił na dwa elementy - prostotę i emocjonalność. Jak pierwszy z nich zawdzięcza sobie, tak drugi świetnym zdjęciom, ścieżce dźwiękowej i niesamowitej Nicole Kidman. Obraz i muzyka idealnie się tu uzupełniają, a australijska aktorka zalicza jedną ze swoich najlepszych ról. Jedyne, co kuleje, to nagłe przyspieszenie tempa w ostatnich 45 minutach filmu. Od samego początku bowiem wszystko jest dawkowane bez pośpiechu, subtelnie i niedosłownie. Można odnieść wrażenie, że twórcy nie mieli pomysłu na dopracowanie tych ostatnich, jakże ważnych minut i zbyt szybko próbowali wywołać u nas łzy wzruszenia.
   
Saroo, podobnie jak Mos Def, jest podróżnikiem. Może i nie przemierza świata w sposób dosłowny, jednak jakby liczyć jego zaparcie i wewnętrzną tęsknotę do rodziny w kilometrach, byłby teraz na innej planecie.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież