czwartek, 19 października 2017

Ostatnia aktualizacja:10:59:16 AM GMT

Lokalizacja: Film Recenzje filmów Przełęcz ocalonych - recenzja

Przełęcz ocalonych - recenzja

przeleczocalalychSkandalista i pielgrzym w jednej osobie powrócił na hollywoodzkie salony. Po latach banicji, która trwała ponad dekadę, Mel Gibson, bo o nim mowa, przerwał milczenie. Do kin trafił właśnie jego piąty reżyserski obraz - „Przełęcz ocalonych” - opowiadający autentyczną historię wojennego sanitariusza Desmonda Dossa, który odmawia używania broni palnej w trakcie walki. Jak sam mawia – jedni zabierają życie, a on jest tym, który będzie je ratować. Jego wiara w Boga i bezgraniczne przestrzeganie bożych przykazań, z 'nie zabijaj' na czele, spowodowało, że facet nie tylko wyszedł cało z opresji, ale bez broni w ręku ocalił na froncie 75 osób.

Po pierwszych minutach widać, że Gibson dawno nie stał po drugiej stronie kamery. Wprowadzenie głównego bohatera, a następnie jego miłosne perypetie nie wzbudzają żadnych emocji, są sztampowe i w efekcie przewidywalne. Z chwilą opuszczenia przez Dossa rodzinnego domu zaczyna się naprawdę dziać. Sceny w amerykańskiej bazie wojskowej, gdzie przygotowuje się żołnierzy do walki, pozwalają nam poznać motywacje bohatera. Ponad półgodzinne wprowadzenie nie było w stanie zrobić tego, co pięciominutowa scena z dowódcą kompanii na czele.

Sceny batalistyczne są zdecydowanie najlepszym elementem produkcji. Gibson idealnie dawkuje w nich napięcie. Jest dużo dymu i hałasu, przez co nie tylko żołnierze mają problem z odnalezieniem się, ale przede wszystkim sami widzowie. Świsty kul są tak wyraziste, że na sam ich dźwięk nieświadomie wbijamy się w fotel. Przerażenie na twarzach żołnierzy uzmysławia nam, ile nerwów kosztuje każdy krok, każdy oddech, każda sekunda. Tak dobrze sfilmowanych scen wojennych nie było od czasu „Szeregowca Ryana” Stevena Spielberga i „Cienkiej czerwonej linii” Terrence'a Malicka.


   
Zespół aktorski również nie zawodzi. Mocny drugi plan w osobach Worthingtona, Vaughna i Weavinga daje dobry poślizg, grającemu rolę Dossa, Andrew Garfieldowi, który świetnie odnajduje się zarówno w scenach melodramatycznych, jak i batalistycznych. Aktor ma predyspozycje, aby stać się jednym z najgorętszych hollywoodzkich nazwisk. Po zaledwie poprawnych dwóch częściach „Amazing Spider-Man” powrócił na właściwy tor.
   
„Przełęcz ocalonych” nie jest stricte filmem wojennym. To raczej manifest jednostki, której postawa i poglądy nie odpowiadają określonej większości. Desmond Doss nie był wielki tylko dlatego, że ocalił dziesiątki współbraci. Był wielki dlatego, że nie dał się zaszczuć, a w konsekwencji podporządkować zasadom innych. Powyższa myśl idealnie pasuje do samego Gibsona. Reżyser robił rzeczy mniej lub bardziej kontrowersyjne, ale zawsze stał przy swoim. Lata ostracyzmu nie złamały go jako twórcy, raczej wzbogaciły jego mocno zachwiany wizerunek. Tym filmem na pewno odkupił swoje winy.
   
Dowódca żołnierzy – sierżant Howell - stwierdził, że siła kompanii zależy od jej najsłabszego członka. Wypowiadając te słowa, z lekką pogardą spoglądał na Dossa. Podobnie cała branża filmowa patrzyła na Gibsona wiele lat temu. Musieli się nieźle zdziwić, kiedy z Pismem Świętym w dłoni przemówił, a tym samym pokazał siłę charakteru.   

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież